Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Analiza

Punkty po meczu z Koroną Kielce

poniedziałek, 10 sierpnia 2026 12:20
Punkty po meczu z Koroną Kielce
Rafał Adamski | fot. Woytek / Legionisci.com
Legionisci.com
Kamil DumałaLegionisci.com
4

Zneutralizowani; dramatyczny środek pola; krycie na radar; pressing, pressing!; wahadłowi niech się uczą; sprawa Rajovicia - to najważniejsze punkty po sobotnim meczu Legii Warszawa z Koroną Kielce w którym padł remis 1-1.

1. Zneutralizowani

Jaki jest najłatwiejszy sposób na zneutralizowanie Legii? Odciąć wahadła i zastosować nawet lekki pressing na środkowych pomocników. Te dwa elementy wystarczą, aby mocno ograniczyć możliwości Legii w ofensywie. Bez odpowiedniego wsparcia ze strony wahadeł i swobody w środku pola Warszawianie mają ogromne problemy z budowaniem swoich akcji.

Pokazała to bardzo dobrze Korona Kielce, szczególnie w drugiej połowie. Ruben Vinagre oraz Paweł Wszołek zostali niemal całkowicie wyłączeni z gry ofensywnej. Obaj mieli ogromne problemy nie tylko z wejściem w ostatnią tercję boiska, ale momentami nawet z przedostaniem się w okolice linii środkowej. Wahadła Korony bardzo dobrze wykonywały swoją pracę, skutecznie ograniczając przestrzeń, z której Vinagre i Wszołek zazwyczaj napędzają akcje Legii.

Szczególnie dużo problemów miał Wszołek, który nie radził sobie z kryciem Fassbendera. Zdarzało mu się zgubić rywala, odpuścić pojedynek lub spóźnić się z reakcją. Problem stawał się jeszcze większy, gdy do asekuracji musiał wychodzić Kamil Piątkowski. Wówczas w strukturze defensywnej Legii pojawiała się luka, którą Korona mogła wykorzystać. Tym bardziej że Damian Szymański również nie rozgrywał najlepszego spotkania i nie był w stanie odpowiednio zabezpieczać tej strefy.

 

W efekcie środek pola Legii praktycznie przestał istnieć. Korona skutecznie odcięła najważniejsze źródła rozegrania i zmusiła podopiecznych trenera Marka Papszuna do szukania innych sposobów na budowanie ataków. A tych, przynajmniej w drugiej połowie, po prostu brakowało. O środku pola szerzej jednak w kolejnym punkcie.

Korona pokazała tym samym, że Legia wcale nie jest zespołem tak trudnym do zatrzymania, jak mogłoby się wydawać. Warszawianie mają swoje atuty, ale jednocześnie posiadają bardzo konkretne słabości. Jedną z największych jest głębia składu oraz uzależnienie ofensywy od jakości i swobody wahadeł. Jeżeli rywal skutecznie je odetnie, a jednocześnie ograniczy czas i przestrzeń środkowym pomocnikom, Legia zaczyna mieć ogromne problemy z kreowaniem sytuacji.

W drugiej połowie Korona udowodniła to wręcz podręcznikowo. Legia praktycznie nie potrafiła zagrozić bramce Dziekońskiego. Poza jednym groźnym dośrodkowaniem Warszawianie nie stworzyli większego zagrożenia, a zamiast tego zostali zepchnięci do defensywy i musieli przede wszystkim odpierać ataki gospodarzy.

To bardzo cenna lekcja Legii. Nie trzeba całkowicie oddawać jej piłki ani stosować wysokiego, agresywnego pressingu przez 90 minut. Wystarczy odpowiednio ograniczyć wahadła, utrudnić życie środkowym pomocnikom i zmusić Legię do szukania alternatywnych rozwiązań. Jeżeli zespół nie znajdzie na to odpowiedzi, jego ofensywa może zostać bardzo łatwo zneutralizowana.

2. Dramatyczny środek pola

To, co w sobotnim meczu wyczyniał środek pola Legii, wołało o pomstę do nieba. Tak koszmarnego występu całej trójki środkowych pomocników nie pamiętam od dawna, a przecież wszyscy doskonale wiemy, jak wyglądała ta formacja w poprzednim sezonie. Damian Szymański, Wojciech Urbański oraz Bartosz Kapustka - którego jeszcze niedawno chwaliłem za występ przeciwko Zagłębiu - tym razem pokazali się z najgorszej strony.

Liczby są wręcz brutalne. Kapustka zanotował 14 strat, Szymański 13, a Urbański 7. Wchodzący z ławki Jakub Żewłakow dołożył 5 strat, a Arreriol miał tylko jedną, ale za to niezwykle kosztowną - po jego błędzie Korona była bardzo blisko zdobycia bramki.

Dla porównania, w zespole Korony Hellebrand stracił piłkę pięć razy, a Jakubczyk i Remacle po siedem. Gustafson, który momentami schodził do środkowej strefy, miał na koncie 11 strat. Różnica jest jednak taka, że w przypadku Legii nie chodziło wyłącznie o samą liczbę strat, ale przede wszystkim o ich charakter. Tak prostych, niepotrzebnych i często wręcz niewymuszonych błędów w środku pola dawno nie widziałem.

Zamiast uspokoić grę i wykorzystać środkową strefę do kontrolowania spotkania, Legia bardzo często wybierała najprostsze rozwiązanie - mocne zagranie do przodu z nadzieją, że któryś z ofensywnych zawodników zdoła coś z tego zrobić. Problem w tym, że zazwyczaj nic z tego nie wynikało. Korona bardzo dobrze pressowała, ograniczała czas i przestrzeń naszym pomocnikom, a Legia nie potrafiła odpowiedzieć tym samym.

I właśnie tego najbardziej zabrakło mi w środku pola - zawodnika, który potrafiłby uspokoić grę. Być może w tej formacji nie mamy obecnie ogromnej jakości piłkarskiej, ale powinna być przynajmniej boiskowa inteligencja. Czasami zamiast kolejnego ryzykownego podania wystarczy przytrzymać piłkę, wymienić kilka podań, zmusić rywala do przesunięcia i dopiero wtedy przyspieszyć. Legia tego nie robiła.

Cały czas powtarzam, że w środku pola brakuje zawodnika, który potrafiłby regulować tempo gry i dać zespołowi odrobinę spokoju. Takim piłkarzem był Elitim i paradoksalnie jego brak jest odczuwalny nawet wtedy, gdy nie znajdował się w najlepszej formie. Nawet w słabszej dyspozycji dawał Legii więcej spokoju w centralnej strefie boiska niż obecni gracze.

To jest problem, którego nie rozwiąże sprowadzenie kolejnego zawodnika do ofensywy. Możemy wziąć Kuchtę, możemy sprowadzić kolejnych wahadłowych czy napastników, ale jeżeli Legia nie będzie potrafiła dostarczyć im piłki i odpowiednio kontrolować meczu w środku pola, ich obecność niewiele zmieni.

Legia bez środka pola staje się zespołem niezwykle łatwym do rozszyfrowania. Wystarczy ograniczyć wahadła, wywrzeć presję na pomocnikach i poczekać na kolejne proste straty. Korona pokazała, że ten sposób może działać bardzo skutecznie. Dlatego moim zdaniem priorytetem powinno być znalezienie zawodnika, który nie tylko będzie potrafił odebrać piłkę czy zagrać do przodu, ale przede wszystkim uspokoi grę, nada jej rytm i sprawi, że Legia nie będzie co kilka minut oddawała rywalowi piłki za darmo.

3. Krycie na radar

Legia po raz kolejny straciła bramkę po stałym fragmencie gry, a konkretnie po rzucie rożnym. To niestety nie jest przypadek, lecz powtarzający się problem. Co więcej, aż osiem z osiemnastu ostatnich straconych przez Legię bramek padło właśnie po stałych fragmentach gry. Takie statystyki powinny być sygnałem alarmowym dla sztabu szkoleniowego.

Jeszcze bardziej niepokojące jest jednak to, że sytuacja, po której Korona zdobyła gola, była do przewidzenia. Podobny schemat gospodarze zastosowali już wcześniej w tym spotkaniu. Warto zwrócić uwagę, że Korona wykonywała w sobotę sześć rzutów rożnych, podczas gdy Legia nie wywalczyła ani jednego. Zespół z Kielc konsekwentnie szukał swoich szans właśnie po stałych fragmentach, często ustawiając zawodników bardzo blisko piłkarzy Legii i próbując wykorzystać ruch w polu karnym.

Korona Kielce - Legia Warszawa screenshot
fot. Canal+ Sport

W 14. minucie, co widać na powyższym obrazku, Legia broniła strefowo, a nie indywidualnie. Zawodnicy Korony wykonywali charakterystyczne nabiegi na piłkę, próbując zgubić krycie i znaleźć wolną przestrzeń między obrońcami. Był to niemal identyczny schemat do tego, który później przyniósł gospodarzom bramkę. Wówczas jednak po zamieszaniu w polu karnym Mariusz Stępiński uderzył obok bramki Otto Hindricha.

Korona Kielce - Legia Warszawa screenshot
fot. Canal+ Sport

Przy straconym golu Korona zaangażowała nawet mniej zawodników w pole karne niż przy wcześniejszym rzucie rożnym, a mimo to osiągnęła swój cel. To pokazuje, że problem nie leżał w liczbie atakujących, lecz w organizacji defensywy Legii.

Mam wrażenie, że jeden z dwóch zawodników ustawionych przy krótkim słupku mógł zostać przesunięty bliżej grupy zawodników Korony, aby zapewnić dodatkowe wsparcie w najbardziej zagęszczonej środkowej strefie pola karnego. Patrząc na całą sytuację, trudno nie zauważyć, że Mariusz Stępiński miał zdecydowanie zbyt dużo swobody. W kluczowym momencie zabrakło odpowiedniej reakcji i kontroli przestrzeni, którą napastnik Korony bezlitośnie wykorzystał.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że podobne błędy powtarzają się od dłuższego czasu. Zmieniają się trenerzy odpowiedzialni za stałe fragmenty gry, zmieniają się piłkarze, a problem pozostaje ten sam. Niezależnie od tego, czy Legia broni indywidualnie, strefowo czy stosuje system mieszany, rywale regularnie znajdują sposób na stworzenie zagrożenia po rzutach rożnych. Jeśli ten element nie zostanie szybko poprawiony, kolejne zespoły będą próbowały wykorzystywać dokładnie tę samą słabość.

4. Pressing, pressing!

Oj, Legia miała w tym meczu duży problem z odpowiednim pressingiem, szczególnie w fazie ofensywnej. Wystarczy spojrzeć na to, z jaką łatwością Korona w wielu sytuacjach wychodziła spod własnej bramki. Kielczanie potrafili kilkoma prostymi podaniami przedostać się przez pierwszą linię pressingu Legii i od razu znaleźć sporo wolnej przestrzeni. Jeżeli zespół chce grać wysoko i odbierać piłkę jak najbliżej bramki rywala, takie sytuacje nie mogą zdarzać się tak często.

Korona Kielce - Legia Warszawa screenshot
fot. Canal+ Sport

Spójrzmy chociażby na sytuację tuż przed zakończeniem pierwszej połowy. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda całkiem dobrze. Adamski podbiega do najbliższego zawodnika, środek pola asekurują Urbański i Zjawiński, a na prawą stronę przesuwa się już Wszołek. Problem w tym, że reakcja Legii nastąpiła o kilka sekund za późno.

Mam wrażenie, że Urbański powinien zdecydowanie szybciej doskoczyć do środkowego obrońcy Korony. Jego spóźnienie sprawiło, że gospodarze dostali możliwość spokojnego rozegrania piłki i wyjścia spod pressingu. Wystarczyło kilka prostych podań, aby futbolówka znalazła się pod bramką Legii, a Fassbender oddał strzał na bramkę Hindricha. Cała akcja zakończyła się dodatkowo kontrowersją związaną z potencjalnym rzutem karnym dla Korony.

Co ciekawe, w poprzednich spotkaniach Legia znacznie lepiej wyglądała pod względem pressingu. Warszawianie potrafili wysoko podchodzić pod obrońców rywala, narzucać mu swoje warunki i próbować odbierać piłkę możliwie blisko jego bramki. Dzięki temu przeciwnik miał niewiele czasu na podjęcie decyzji i często był zmuszany do grania pod presją.

W Kielcach tego elementu zdecydowanie zabrakło. Legia nie potrafiła utrzymać odpowiedniej intensywności, a przede wszystkim brakowało synchronizacji pomiędzy poszczególnymi zawodnikami. Jeden zawodnik ruszał do pressingu, ale kolejny reagował zbyt późno, przez co Korona bez większych problemów znajdowała wolne przestrzenie. Przy takiej organizacji pressing zamiast być bronią Legii, stawał się dla niej problemem.

I właśnie nad tym elementem trzeba będzie mocno popracować. Jeżeli Legia chce dominować rywala, wysoko odbierać piłkę i narzucać swój styl gry, sam zamiar pressingu nie wystarczy. Potrzebna jest przede wszystkim odpowiednia intensywność, timing i współpraca całego zespołu.

5. Wahadłowi niech się uczą

Trener Marek Papszun „odgruzował” Kamila Piątkowskiego. Poza jedną czy dwiema sytuacjami w meczu z Koroną był praktycznie bezbłędny i razem z Rafałem Augustyniakiem stworzył naprawdę solidny duet w środku defensywy. Tym razem jednak na szczególną uwagę zasługuje nie jego gra obronna, a to, co zrobił w 28. minucie.

Piątkowski z prawej strony boiska posłał idealne dośrodkowanie w pole karne, wprost na głowę Łukasza Zjawińskiego, który przepięknym uderzeniem dał Legii prowadzenie. W tej sytuacji warto pochwalić zarówno zawodnika posyłającego piłkę w pole karne, jak i samego napastnika za znakomite wykończenie.

Piątkowski pokazał przy okazji Pawłowi Wszołkowi i Rubenowi Vinagre, jak powinno wyglądać dobre dośrodkowanie. Nie chodzi tylko o samo wrzucenie piłki w pole karne, ale przede wszystkim o znalezienie odpowiedniego miejsca i partnera, do którego można ją posłać. A z tym u obu naszych wahadłowych bywało w tym sezonie naprawdę różnie. Niektóre ich dośrodkowania wręcz wołają o pomstę do nieba - są niedokładne, przewidywalne albo trafiają prosto w zawodników rywala.

Tym razem wszystko zagrało perfekcyjnie. Piłka od Piątkowskiego miała odpowiednią siłę i kierunek, a Zjawiński zrobił resztę. Napastnik Legii sprytnie zgubił obrońcę Korony, znalazł sobie przestrzeń i oddał niezwykle mocne, a przy tym precyzyjne uderzenie głową. Dziekoński nie miał większych szans na skuteczną interwencję.

Dawno nie widziałem w Legii tak mocnego i precyzyjnego strzału głową w wykonaniu napastnika Legii. Zjawiński nie tylko świetnie odnalazł się w polu karnym, ale przede wszystkim pokazał cechy, których od napastnika oczekujemy - spryt, dobre ustawienie i bezkompromisowe wykończenie. Oby takich momentów w jego wykonaniu było w tym sezonie zdecydowanie więcej.

6. Sprawa Rajovicia

Szerokim echem odbiły się słowa trenera Marka Papszuna przed meczem z Koroną:

„Przede wszystkim martwiąca jest sytuacja, która ma miejsce, szczególnie ze strony części naszych kibiców. Nie mówię o wszystkich, ale pewna grupa kibiców, delikatnie mówiąc, nie pomaga. Jeżeli krytyka jest uzasadniona, to oczywiście ją rozumiemy i przyjmujemy. Natomiast w niektórych przypadkach jest ona już po prostu przesadzona. Mileta zagrał dobry mecz. Strzelił prawidłową bramkę. Co miał jeszcze zrobić? Uważam, że jest to szkodliwe dla Legii i dla całej drużyny.”

Były to o tyle ciekawe słowa, że mocno podzieliły środowisko. Z jednej strony należy docenić trenera za to, że stanął za swoim zawodnikiem i publicznie go bronił. To ważne, szczególnie gdy piłkarz znajduje się pod dużą presją. Z drugiej strony musimy pamiętać, że Mileta jest profesjonalnym zawodnikiem, a nie juniorem dopiero stawiającym pierwsze kroki w seniorskiej piłce. Wraz z profesjonalnym kontraktem i miejscem w pierwszym zespole pojawia się również odpowiedzialność za to, co pokazuje się na boisku.

Rozumiem, że zawodnik może być sfrustrowany swoją sytuacją. Rozumiem również, że ciągła krytyka może wpływać na jego psychikę. Tym bardziej że Rajović niejednokrotnie miał w Legii zwyczajnie pecha. Problem polega jednak na tym, że ostatecznie to on sam musi swoją sytuację zmienić. Nie zrobią tego za niego kibice, dziennikarze ani trener. To nie oni wychodzą na boisko, nie oni muszą wykorzystywać stworzone sytuacje i nie oni odpowiadają za jakość swojej gry.

Wielokrotnie pisałem już, że osoby odpowiedzialne za sprowadzenie Milety do Legii, a przede wszystkim ci, którzy mieli okazję dokładnie obserwować go przed transferem, powinni bardzo poważnie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy są stworzeni do piłki nożnej i nie powinni zająć się inną dziedziną życia. Sprowadzenie zawodnika, który nie spełnia oczekiwań, zaszkodziło zarówno klubowi, jak i samemu piłkarzowi. Legia wydała pieniądze, których mogła potrzebować w innych miejscach, a „Rajo” trafił do środowiska, w którym oczekiwania są ogromne i każdy słabszy występ jest natychmiast analizowany.

Nie zmienia to jednak faktu, że zawodnik musi odpowiadać za swoją postawę. Gdybyśmy sami wykonywali swoją pracę źle, prędzej czy później ponieślibyśmy tego konsekwencje. Nikt nie oczekuje od trenera, który przegrywa kolejne mecze, że kibice będą go głaskać po głowie i powtarzać, że wszystko jest w porządku. Po serii słabych wyników przychodzi moment rozliczenia, a trener zostaje zwolniony. Z piłkarzami jest dokładnie tak samo.

Krytyka Rajovicia nie pojawiła się przecież znikąd. Jest konsekwencją jego bardzo słabej dyspozycji, szczególnie jeśli zestawimy ją z oczekiwaniami, jakie wiązano z jego transferem. I oczywiście - nie każda rodzaj krytyki jest sprawiedliwy. Można, a nawet trzeba, oddzielić merytoryczną ocenę zawodnika od zwykłego hejtu. Ale jeśli trener Marek Papszun apeluje o rzetelność, to dokładnie w ten sam sposób powinniśmy spojrzeć na występ Milety przeciwko Koronie.

Rajović pojawił się na boisku w 67. minucie i do końca spotkania wykonał zaledwie sześć podań do kolegów, z czego dwa były niecelne. Zanotował jeden udany drybling i dwukrotnie stracił piłkę. Same statystyki nie wyglądają więc szczególnie imponująco, zwłaszcza jak na zawodnika, który miał wnieść jakość do ofensywy.

Jeszcze gorzej wygląda to, kiedy przeanalizujemy jego wejście na boisko. Raz dobrze wybił piłkę po stałym fragmencie gry z własnego pola karnego, ale później zanotował stratę i popełnił faul przy linii bocznej. Nie zdołał również dojść do bardzo dobrego dośrodkowania młodego Jakuba Żewłakowa. Trudno więc wskazać element, w którym jego wejście realnie odmieniło grę Legii.

Korona Kielce - Legia Warszawa Mileta Rajović
fot. Woytek / Legionisci.com

Oczywiście, Rafał Adamski również rozegrał słabe spotkanie z Koroną. Nie mam zamiaru tego wybielać. Jeżeli jednak chcemy być rzetelni - dokładnie tak, jak apeluje trener Papszun - musimy oceniać wszystkich według tych samych kryteriów. A patrząc wyłącznie na występ Rajovicia przeciwko Koronie, nie widzę podstaw, aby po takim wejściu otrzymał miejsce w podstawowym składzie w kolejnym spotkaniu. Takie są fakty. I niestety zaklinanie rzeczywistości tego nie zmieni.

Piłkarze oraz przede wszystkim władze po poprzednim, bardzo słabym sezonie i tak otrzymali od kibiców ogromny kredyt zaufania. Fani nadal są z klubem na dobre i na złe, mimo że ostatnie lata trudno nazwać dla Legii tłustymi. Dlatego oczekiwanie, że zawodnicy będą rozliczani z tego, co pokazują na boisku, nie jest niczym nadzwyczajnym. To naturalna część profesjonalnego futbolu.

Trener może chronić swojego zawodnika i moim zdaniem ma do tego pełne prawo. Kibic natomiast ma prawo powiedzieć: spokojnie, oceniajmy to, co rzeczywiście wydarzyło się na boisku. A tam Rajović nie daje od wielu meczów argumentów, by oczekiwać od niego miejsca w podstawowej jedenastce.

Kamil Dumała

Podaj ten news dalej:
Oceny legionistów
Komentarze (4)
Zdobywaj rangiWłasny awatar i profilZarezerwuj swój nick
lub komentuj jako gość