Legionisci.com
LEGIONISCI.COM

Relacja z trybun: Totus Tuus

środa, 28 października 2026 21:09 wideo
Relacja z trybun: Totus Tuus
fot. Woytek / Legionisci.com
Legionisci.com
HugollekLegionisci.com
0
Czytaj nas w Google

Pojedynki Legii z Lechem od wielu lat elektryzują całą piłkarską Polskę. Rywalizacje obu klubów, które przyciągają zarówno na stadiony, jak i przed szklane odbiorniki dziesiątki tysięcy kibiców, niektórzy nazywają nawet polskim „El Clásico”. Mimo swoistego prestiżu tych spotkań ostatnie sezony wyraźnie przemawiały na korzyść ekipy z Wielkopolski, bowiem od końca 2020 roku Wojskowi wygrali z Lechitami zaledwie dwukrotnie (w obu przypadkach 2-1 i to na wyjeździe).

Nadzieją na zmianę tego niekorzystnego bilansu miała być niedzielna potyczka przy Łazienkowskiej, zwłaszcza że Legia przystępowała do niej w roli jedynego niepokonanego w obecnym sezonie zespołu oraz kontynuowała passę piętnastu kolejnych ligowych meczów bez porażki, rozpoczętą po dotkliwej porażce 0-4 w kwietniu z... Lechem właśnie.

Do naszej futbolowej świątyni zawitało ponad 27 tysięcy kibiców, którzy ufali, że tego wieczora przyjdzie im wreszcie obejrzeć dawno wyczekiwane ekstraklasowe zwycięstwo nad Poznaniakami. Potencjalne wygrane zawsze lepiej smakują wówczas, gdy na stadion przybywają fani drużyny przyjezdnej. Tych jednak niestety zabrakło, a wszystko z powodu remontu sektora gości, który rozpoczął się kilkanaście dni przed pojedynkiem z krakowską Wisłą.

 

Przed meczem na kibiców czekały atrakcje w strefie „Legia Park”, zaś przy wejściu na trybuny prowadzono zbiórkę na kolejne legijne choreografie. A skoro już o oprawach mowa, to nasi ultrasi przygotowali na to spotkanie nie lada gratkę – prawdziwą artystyczną ucztę dla oka. W trakcie wykonywania „Mistrzem Polski jest Legia” z góry Trybuny Północnej zjechała sektorówka przedstawiająca zakapturzonego zakonnika trzymającego w swojej prawej dłoni płonącą pochodnię, zaś w lewej – różaniec, w którym krzyżyk zastąpiono legijnym herbem. Dopełniały ją: efektownie wyglądająca kartoniada, czarny transparent u dołu „Żylety” z łacińskim napisem „Totus Tuus” (tłumaczony jako „Cały Twój”) w czerwonych i zielonych barwach, stanowiący dewizę świętego Jana Pawła II, a także chwilę później magicznie prezentujące się racowisko z czerwonych flar po obu stronach tajemniczej postaci. Wyjątkowo spektakularne i magnetyczne wrażenie wywoływały także dwie race, które odpalono w miejscach oczu legijnego duchownego. Naprawdę, chapeau bas za inwencję twórczą i całokształt wykonania tej hipnotyzującej choreografii.

 

Zaraz po zakończeniu prezentacji wzięliśmy się ostro do roboty z dopingiem, którym tego wieczora dyrygował „Staruch”. Wtedy także formalnie nasz „ukochany” sędzia Marciniak rozpoczął boiskowe zmagania. Co ciekawe, nasi piłkarze przystąpili do pojedynku z drużyną „Kolejorza” w zielonych trykotach, zaś goście przywdziali na siebie białe stroje, co początkowo mogło wprawić część kibiców w osłupienie.

Zagrzewanie naszych futbolistów do wytężonej walki na murawie rozpoczęliśmy od „Tylko Legia”, po czym wspólnie odtańczyliśmy walczyka „Labada”. Z pasją i zaangażowaniem śpiewaliśmy także „Legia, Legia, Legia, Legia goooool!” oraz „Do boju, Legio, marsz!”, co miało uskrzydlić Wojskowych w walce z Pyrusami; i faktycznie – w początkowej fazie meczu Legioniści bez większych trudów przebijali się przez flankę Lechitów, ale niestety brakowało im należytej skuteczności, by objąć prowadzenie.

Liczyliśmy na to, że wypracowanie bramki przez naszych grajków stanowić będzie tylko kwestię czasu. Minuty jednak mijały, a gole się nie pojawiały. Stare piłkarskie porzekadło głosi, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. Rzeczywiście – pod koniec pierwszego kwadransa rywalizacji omal straciliśmy bramkę. Po faulu Wszołka tuż przed polem karnym na jednym z rywali Lechici mieli okazję, by strzelić swojego pierwszego gola. Szczęśliwie dla nas futbolówka jedynie głośno odbiła się od słupka. Próba ta podziałała na nas chyba lekko deprymująco, jako że doping – do tej pory całkiem niezły – zaczął nieco „siadać”. Rozdrażniło to trochę naszego gniazdowego, który musiał niejako przeprowadzić ponowną próbę głośności naszych gardeł, zarzucając gromkie „Ceeeeeee...!”. Fortunnie przyniosło to spodziewany efekt, gdyż „Warszawa”, którą wykonaliśmy konkretnie na dwie części stadionu z odpowiednim „pazurem”, potwierdziła, że drzemał w nas spory potencjał wokalny.

Legia Warszawa - Lech Poznań Żyleta Kowal NDM PDW,mecz-3655
fot. Mishka / Legionisci.com

Po chwili dominacji Lecha to Legioniści – w akompaniamencie naszego żywiołowego dopingu – ponownie zaczęli szukać sposobu na pokonanie bramkarza gości. Nie można im było odmówić rozmaitej kombinatoryki na murawie – ich gra naprawdę mogła się podobać publiczności zgromadzonej przy Łazienkowskiej. Brakowało tylko postawienia przysłowiowej kropki nad i, czyli upragnionego gola. Najgorsze, że w tzw. międzyczasie straciliśmy swojego snajpera. Z powodu kontuzji boisko musiał przedwcześnie opuścić Rafał Adamski, którego nazwisko głośno skandowaliśmy, gdy udawał się do szatni.

W ostatniej fazie pierwszych czterdziestu pięciu minut pojedynku skupiliśmy się na wykonywaniu trzech przyśpiewek: „Legiaaaa, Legia Warszawaaaa!”, „Jazda z k...”, która ze względu na absencję fanów „Kolejorza” stanowiła w zasadzie jedyny niecenzuralny aspekt spotkania, oraz „Gdybym jeszcze raz miał urodzić się...!”. Ta ostatnia rozpoczęła się wprawdzie dość niemrawo, jednak po tym, jak przysiedliśmy na chwilę na krzesełkach i zgromadziliśmy w sobie masę energii (także dzięki gwizdom na poznańskich futbolistów), wyrzuciliśmy z siebie z impetem całe nasze niezadowolenie z powodu braku bramki, tak że serio momentami czuło się ciarki na plecach.

Legioniści zaserwowali nam jeszcze chwilę grozy przed samym gwizdkiem wieńczącym pierwszą połowę widowiska, kiedy to Lechici powinni byli objąć prowadzenie. Na szczęście w ostatniej chwili skuteczną interwencją popisał się Kamil Piątkowski, dzięki któremu na tablicy świetlnej nadal widniał bezbramkowy rezultat.

 

Drugą część meczu rozpoczęliśmy klasycznie od hymnu naszego klubu, po czym entuzjastycznie i z wiarą w pomyślność rozwoju sytuacji na murawie śpiewaliśmy „Niepokonane miasto” oraz „Hit z Wiednia”. Niestety, gdy wydawało się, że wszystko szło po naszej myśli, Pyrusy pokonały dobrze spisującego się tego dnia Hindricha.

Bramka dla Lecha wymusiła na nas natychmiastową zmianę repertuaru. „Jesteśmy z Wami!” oraz „Nie poddawaj się!” uskutecznialiśmy przez bity kwadrans. Miały one odmienić losy rywalizacji i prawie się to udało - w 63. minucie spotkania Kamil Piątkowski (ten sam, który uratował nam „cztery litery” przed przerwą) trafił w słupek. Wówczas znad stadionu dało się słyszeć przenikliwy jęk zawodu z powodu niewykorzystanej okazji.

Mimo to z jeszcze większą werwą angażowaliśmy się w stadionowe śpiewy. „Legia walcząca do końca!” – krzyczeliśmy. Zawodnicy zaś – niemal jak na zawołanie – raz po raz próbowali zmienić oblicze tego pojedynku. Sam „Staruch” nie tracił wiary i jednoznacznie stwierdził, że zaraz strzelimy wyrównującą brameczkę. Zaintonowanie przyśpiewki „Za kibicowski trud” miało nam przynieść nagrodę, której wyczekiwaliśmy niemal od samego początku starcia. W końcu otrzymaliśmy upragniony prezent – Bohdan Wjunnyk pokonał „szczwanego”, poznańskiego Lisa i doprowadził do wyrównania stanu rywalizacji. Wpadliśmy w trudną do opisania ekstazę i byliśmy przekonani, że to jeszcze nie koniec bramek w tej konfrontacji. Co więcej, głośnymi „Legia, Legia, Legia, Legia goooool!” i „Hej Legia gooool!” domagaliśmy się od naszych grajków kolejnych trafień.

Legia Warszawa - Lech Poznań szaliki 110-lecie
fot. Mishka / Legionisci.com

Kilka minut przed końcem regulaminowego czasu gry ściągnęliśmy z siebie trykoty i uskutecznialiśmy szaleńczo „Hit z Wiednia”, wierząc, że poznańska „ciuchcia” wykolei się na stołecznych torach. Niestety, na skutek fatalnego błędu Rúbena Vinagre to drużyna „Kolejorza” wpakowała nam gola w samej końcówce pojedynku. Nie wierzyliśmy w to, czego właśnie staliśmy się świadkami i nie chcieliśmy zaakceptować tak koszmarnego rozwoju wypadków. „Legia walcząca do końca!” – nawoływaliśmy rozpaczliwie w kierunku murawy, by wydrzeć choćby punkt, na który z całą stanowczością zasługiwaliśmy. Nasze śpiewy na niewiele się jednak zdały – na wyrównanie zabrakło już po prostu czasu.

Choć Legioniści walczyli do samego końca i – jak mało kiedy – naprawdę zasługiwali na to, aby doprowadzić w tym spotkaniu przynajmniej do remisu, finalnie nie udało im się zdobyć nawet jednego punktu, a tym samym doznali pierwszej ekstraklasowej porażki w nowym sezonie.

Oprócz naturalnego żalu z przegranej nikt nie miał jednak do naszych piłkarzy pretensji. Niech świadczy o tym fakt, że gorąco zachęcaliśmy ich, by podeszli przed „Żyletę”. Zawodnicy najpierw usłyszeli od nas „Dzięki za walkę, hej Legio, dzięki za walkę!”, a następnie otrzymali porcję sowitych i zasłużonych braw. Na odchodne zaśpiewaliśmy jeszcze „My kibice z Łazienkowskiej”, po czym – nieco niepocieszeni wynikiem – mogliśmy rozejść się do naszych domostw.

Legia Warszawa - Lech Poznań ultras oprawa totus tuus
fot. Mishka / Legionisci.com

Przed nami piątkowy wyjazd do Zabrza, do którego wybierzemy się pociągiem specjalnym. Starcie z Górnikiem, który zajmuje obecnie pozycję wicelidera rozgrywek, z całym przekonaniem będzie stanowiło ważny sprawdzian dla naszych futbolistów. Ewentualne niepowodzenie może spowodować, że stracą oni bezpośredni kontakt ze ścisłą czołówką Ekstraklasy.

Z kolei dzień później nasi koszykarze zmierzą się w derbowym pojedynku z Dzikami w hali Torwar przy Łazienkowskiej. Początek tego widowiska zaplanowano na godzinę 17:30. Już teraz gorąco Was zachęcamy do nabywania biletów na to spotkanie i do jak najliczniejszego wspierania naszych zawodników w starciu z lokalnym rywalem.

P.S. Na „Żylecie” wywieszono następujący transparent: „Kowal NDM – PDW”.

Liczba kibiców: 27410
Fanów przyjezdnych: 0 (ze względu na remont sektora gości)


Podaj ten news dalej:
Komentarze (0)
Zdobywaj rangiWłasny awatar i profilZarezerwuj swój nick
lub komentuj jako gość