Przerwa na mecze reprezentacji w Lidze Narodów wypadła akurat na serię wyjazdowych meczów koszykarzy Legii (2x Sosnowiec, Słupsk, Strasbourg, Zielona Góra). W ten koszykarsko wyjazdowy terminarz udało się jeszcze wcisnąć szybki wypad na Euroligową ucztę, jaką bez wątpienia było spotkanie Żalgirisu Kowno (numer 5 w przedsezonowych rankingach Euroligi) ze zwycięzcą ostatniej edycji tych najmocniejszych rozgrywek w Europie, Olympiakosem Pireus.
LL! on tour: Żalgiris Kowno - Olympiakos Pireus
Obecnie trasa do Kowna jest bardzo sprawna i można ją właściwie w całości pokonać drogami ekspresowymi, w niespełna 4 godziny. Jeśli chodzi o bilety na mecz, lepiej kupić je z wyprzedzeniem, bowiem rozchodzą się jak świeże bułeczki. Szczególnie na Euroligę. Za jedne z tańszych miejsc, dość wysoko, należało zapłacić 54 euro.
Przy hali, tj. Żalgiris Arenie, znajduje się ogromny parking na kilka tysięcy samochodów, ale wyjazd z niego po meczu zajmuje sporo czasu. Można zaparkować bliżej za nieco wyższą cenę, z tym, że konieczna jest w tym przypadku wcześniejsza rezerwacja. Nauczeni wizytą sprzed paru lat, tym razem zaparkowaliśmy ponad kilometr od hali, a dystans ten pokonaliśmy z buta.
Przed wejściem można wyposażyć się w klubowe pamiątki w niewielkim przenośnym sklepie. Te można kupić także w hali na promenadzie. Wejście, pomimo sporych tłumów, bardzo sprawne. Na trybunach pojawił się "Shaq", który powiedział kilka słów do publiczności przed rozpoczęciem spotkania. Podczas prezentacji mocno wygwizdani zostali Grecy. Fanów Olympiakosu nie było, nie licząc kilku pikników, których trudno było wyłapać w wielotysięcznym tłumie. Miejscowi odśpiewali hymn i początkowo całkiem głośno dopingowali swój zespół.
Młyn Żalgirisu zebrany był za jednym koszem nad płótnem "Green white boys". Co najmniej 400 osób prowadziło regularny doping przez całe spotkanie, ubrani w zielone koszulki klubowe. Szkoda tylko, że tak rzadko do wspólnych śpiewów włączali się fani z pozostałych trybun. Repertuar mocno zróżnicowany. Zaczęli od pieśni na melodię śpiewaną przez większość greckich ekip, aż w końcu doszli do przyśpiewki na melodię "Gdybym jeszcze raz...", którą przerobili z legijnego repertuaru.
W pierwszej kwarcie zaprezentowali w młynie oprawę - podciągnęli malowaną sektorówkę przedstawiającą Aidosa - kibica, który podczas meczu z kwietnia 2024 roku (z Crveną zvezdą Belgrad) doznał zatrzymania akcji serca. Na płótnie zaprezentowano medyków, ratujących wspomnianego kibica, a także hasło "Razem na zawsze". Sportowo mecz był bardzo wyrównany, ale przez większość spotkania na prowadzeniu byli Grecy. Kiedy Litwini zaczynali odrabiać straty, nakręcało to kibiców w całej hali. Ale naprawdę mocnych momentów było niewiele. W młynie Żalgiris trochę potańczył, pozbył się na pewien czas koszulek i starał się rozkręcić fanatyczną atmosferę. Ekipa z Kowna miała okazję, by rozstrzygnąć losy spotkania na swoją korzyść, ale nie pozwolił na to świetnie grający Fournier, trafiający za 3 jak maszyna.
Po meczu kibice podziękowali swoim graczom za walkę, pośpiewali wspólnie i dopiero wtedy ruszyli do wyjść. A 48h później ich zespół grał już kolejny mecz w Eurolidze, tym razem na wyjeździe. I trzeba przyznać, że w Paryżu obecna była bardzo liczna grupa fanów Żalgirisu (z dopingiem), choć trudno powiedzieć ilu z nich na co dzień mieszka w okolicy, ilu zaś ruszyło za swoją drużyną na wyjazd. Szkoda, że w Kownie zabrakło fanów z Pireusu, ale z drugiej strony, nawet tak dobre kibicowskie marki nie są w stanie podróżować co kilka dni po całej Europie (i do Dubaju), mając do zaliczenia 19 europejskich meczów wyjazdowych w kosza w samym sezonie zasadniczym Euroligi. A Olympiakos gra jeszcze w piłkarskiej Lidze Europy. Dwa dni po meczu w Kownie grał w Bolonii, gdzie niespodziewanie górą był Virtus, trafiając równo z syreną niesamowitego buzzer-beatera.





