Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Analiza

Punkty po meczu z Jagiellonią Białystok

wtorek, 22 września 2026 07:45
Punkty po meczu z Jagiellonią Białystok
Rafał Augustynaiak | fot. Woytek / Legionisci.com
Legionisci.com
Kamil DumałaLegionisci.com
7

Dobre humory przed przerwą; nonszalancja Portugalczyka; Paweł będzie skakał; Wojtku nareszcie!; bezpośrednie zagrania; auf wiedersehen - to najważniejsze punkty po niedzielnym meczu, w którym Legia Warszawa wygrała 3-1 z Jagiellonią Białystok.

1. Dobre humory przed przerwą

Obawiałem się meczu z Jagiellonią. Obejrzałem wcześniej kilka jej spotkań i muszę przyznać, że gra tego zespołu mogła się podobać, szczególnie w ofensywie. Legia natomiast ostatnio przeżywała mały kryzys i po kilku słabszych meczach trudno było przewidzieć, czego właściwie można się po niej spodziewać.

Na szczęście tym razem zobaczyłem zupełnie inną drużynę niż w poprzednich spotkaniach. Legia była zdecydowanie bardziej skonsolidowana i zwarta w defensywie. Trójka z przodu może nie zrobiła tym razem wielkiego wrażenia – choć Szczepaniak ponownie biegał chyba za dwóch – ale za to zdecydowanie lepiej wyglądaliśmy w środku pola i przede wszystkim w obronie.

Tak naprawdę przez większość spotkania miałem wrażenie, że nawet gdybyśmy grali jeszcze dwie godziny, Jagiellonia nie zdołałaby przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Gospodarze z każdą minutą wyglądali coraz słabiej, a Legia odwrotnie – stopniowo się rozpędzała i coraz lepiej kontrolowała wydarzenia na boisku.

Wiem, że po golu dla Jagiellonii to gospodarze przejęli inicjatywę. Nie można tego pomijać. Tyle tylko, że Legia tego dnia naprawdę dobrze broniła. Nie pozwalała rywalowi na seryjne tworzenie sytuacji i bardzo dobrze zabezpieczała własne pole karne. W zasadzie Jagiellonia miała jedną naprawdę groźną okazję, w której mogła doprowadzić do zmiany wyniku. Na szczęście wtedy fenomenalnie interweniował Otto Hindrich.

 

Takich spotkań brakowało mi ostatnio w wykonaniu Legii. Nie zawsze trzeba zachwycać ofensywą, żeby wygrać. Czasami trzeba po prostu być dobrze zorganizowanym, konsekwentnym i cierpliwym. Legia zapewniła więc sobie, a przede wszystkim nam, bardzo dobre humory przed trzytygodniową przerwą reprezentacyjną. Co jednak najważniejsze, po raz kolejny pokazała, że jest zespołem absolutnie nieobliczalnym.

Bo patrząc na ostatnie tygodnie, naprawdę trudno cokolwiek założyć przed kolejnym meczem. Jednego dnia Legia wygląda jak drużyna, która nie wie, co zrobić z piłką, a kilka dni później potrafi wyjść na boisko i sprawić, że rywal przez większość spotkania wygląda na bezradnego. I chyba właśnie to jest obecnie największy znak zapytania przy tej Legii – nigdy nie wiadomo, którą jej wersję zobaczymy.

2. Nonszalancja Portugalczyka

Do 35. minuty Legia miała ten mecz właściwie pod kontrolą. Jagiellonia bardzo często miała problem z wyjściem z własnej połowy, a legioniści grali mądrze, spokojnie i przede wszystkim bez podejmowania niepotrzebnego ryzyka. Wszystko wyglądało tak, jak powinno. I wtedy o sobie postanowił przypomnieć Ruben Vinagre.
Portugalczyk zagrał do Deziela niesamowicie nonszalancką piłkę, która skończyła się bardzo źle. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby późniejsza zmiana Vinagre'a była w jakimś stopniu konsekwencją tego zagrania i jego podejścia do meczu.

Bo bądźmy szczerzy – Ruben w ostatnich spotkaniach znowu zaczyna wracać do swoich „ustawień fabrycznych”. Znowu pojawia się nonszalancja, znowu zdarzają się podania prosto pod nogi przeciwnika, a z jego dośrodkowaniami również nie jest najlepiej. Zbyt często pierwszym adresatem jego wrzutek zostaje po prostu pierwszy zawodnik rywala.

Jagiellonia Białystok - Legia Warszawa Ruben Vinagre
fot. Woytek / Legionisci.com

I właśnie tego starego Vinagre'a nie chcę oglądać. Tego, który momentami wygląda, jakby był przekonany, że może na boisku zrobić wszystko, ale zamiast pomagać drużynie, sam funduje jej dodatkowe problemy. Portugalczyk potrafi dać Legii jakość, co już zresztą pokazywał, ale równie szybko potrafi ją stracić przez niepotrzebne ryzyko i brak koncentracji.

Mam więc nadzieję, że podczas przerwy reprezentacyjnej Vinagre przede wszystkim trochę ochłonie i przypomni sobie, że w piłce nożnej nie zawsze trzeba grać efektownie. Czasami trzeba po prostu zagrać prosto, odpowiedzialnie i dla dobra zespołu. Bo umiejętności ma. Teraz przydałoby się do nich dołożyć trochę więcej pokory.

3. Paweł będzie skakał

Kiedyś to słynny Paweł skakał na rowerze, a teraz Paweł Wszołek skakał w meczu z Jagiellonią. I trzeba przyznać, że był to bardzo udany występ prawego wahadłowego Legii, który miał swój udział przy każdej z trzech bramek.

Przy pierwszym golu Wszołek wykorzystał błąd obrońcy i bramkarza, a ten drugi dodatkowo sfaulował go w polu karnym. Przy drugim trafieniu świetnie dośrodkował w szesnastkę, gdzie po sporym zamieszaniu samobójczego gola zdobył Prelec. A na koniec sam wpakował piłkę do siatki, przypieczętowując bardzo dobry występ.

Niestety, trafienie okupił kontuzją. Tak mocno przywalił w słupek, że kiedy zeszła adrenalina, nie był już w stanie normalnie stanąć na nodze. Oby nie okazało się to niczym poważnym, bo akurat takiego Wszołka Legia bardzo potrzebuje.

W końcu „Wszoła” wrócił do tego, czego od niego oczekujemy. Dał drużynie coś więcej niż tylko machanie rękami i pretensje do wszystkich dookoła. Był konkretny, aktywny i przede wszystkim skuteczny. Gdy Pawłowi „wylosuje się” taka forma jak w meczu z Jagiellonią, to aż przyjemniej pisać o nim w punktach. Wtedy jest jednym z najgroźniejszych zawodników ofensywnych Legii, a jego dośrodkowania rzeczywiście trafiają tam, gdzie powinny.

4. Wojtku nareszcie!

Długo czekałem, żeby wreszcie mocniej pochwalić Wojciecha Urbańskiego. W pierwszych meczach sezonu raczej rozczarowywał, później usiadł na ławce, ale w ostatnich spotkaniach konsekwentnie pnie się w górę z formą. Mecz z Jagiellonią był tego najlepszym przykładem.

Spokojnie można uznać go za cichego bohatera tego spotkania. To właśnie Urbański w środku pola nadawał Legii rytm, a jego przyjęcia piłki i sposób, w jaki dzięki nim zdobywał kolejne metry boiska, naprawdę zasługują na uwagę. Co najważniejsze, w końcu zaczął widzieć całe boisko, a nie tylko najbliższego kolegę.

Jagiellonia Białystok - Legia Warszawa screenshot
fot. Canal+ Sport

Wystarczy spojrzeć na sytuację z 9. minuty. Urbański po przejęciu piłki ruszył kilka metrów środkiem pola, podniósł głowę i świetnie dostrzegł Jana Kuchtę. Niestety napastnik Legii sam się zaplątał i stracił futbolówkę. Nie zmienia to jednak faktu, że właśnie w tej akcji Wojtek pokazał coś, czego brakowało mu wcześniej – wizję gry i umiejętność dostrzeżenia zawodnika znajdującego się dalej od niego. I co ciekawe, nie był to tylko jeden przypadek.

Statystyki również pokazują, że Urbański coraz chętniej próbuje grać do przodu. W meczu z Jagiellonią wykonał 26 podań, z czego 20 było celnych. Co ważne, większość z nich miała miejsce na połowie rywala - 17 podań, z których 13 znalazło adresata. To pokazuje, że nie ograniczał się wyłącznie do bezpiecznego grania wszerz czy do najbliższego partnera.

9 razy stracił piłkę, ale przy tym 4 razy próbował dryblingu i za każdym razem wychodził z niego zwycięsko. To również ważne, bo Legia potrzebuje zawodników, którzy potrafią nie tylko przyjąć piłkę i podać ją dalej, ale również sami zrobić kilka metrów i wyciągnąć zespół spod pressingu.

I co najważniejsze, Urbański nie skupiał się wyłącznie na ofensywie. Szczególnie w pierwszej połowie często asekurował Rafała Augustyniaka i przejmował jego obowiązki w defensywie. Dzięki temu pokazywał, że potrafi być użyteczny również bez piłki i odpowiednio reagować na sytuację na boisku.

Mam nadzieję, że w kolejnych meczach będzie dalej rósł. Ma talent, żeby być podstawowym zawodnikiem Legii i dawać jej naprawdę dużo dobrego. I wcale nie musi tego robić poprzez gole czy asysty.
Czasami najważniejszy zawodnik środka pola to nie ten, który kończy akcję, ale ten, który sprawia, że cała drużyna zaczyna grać lepiej. Jeśli Urbański będzie dalej rozwijał właśnie ten element swojej gry, może stać się dla Legii bardzo ważnym zawodnikiem.

5. Bezpośrednie zagrania

W ostatnich meczach, kiedy Legia miała problemy, często próbowała szybko przenosić akcję do przodu, ale robiła to bez większego pomysłu. Piłka była po prostu wyrzucana przed siebie z nadzieją, że ktoś z ofensywy coś z nią zrobi. Tym razem przeciwko Jagiellonii było trochę inaczej.

Legia nadal potrafiła grać bezpośrednio, ale te zagrania miały zdecydowanie więcej sensu. Kilka długich piłek rzeczywiście trafiało do adresatów, a co najważniejsze – były one odpowiednio rozrzucane i miały konkretny cel.

Jagiellonia Białystok - Legia Warszawa screenshot
fot. Canal+ Sport

Spójrzmy chociażby na zagranie Zorana Arsenicia. Chorwat potrafi posłać bardzo dobre, długie podanie bezpośrednio pod pole karne rywala i właśnie w tej sytuacji pokazał tę umiejętność. Zamiast szukać kolejnego krótkiego podania do któregoś z pomocników, ominął całą formację drugiej linii i posłał piłkę do Pawła Wszołka, który mógł wykorzystać błąd rywala.

Co ważne, nie było to zagranie wymuszone presją przeciwnika. Arsenić miał czas, nikt specjalnie na niego nie naciskał. Widać więc wyraźnie, że taki był zamysł, świadome pominięcie środka pola i szybkie przeniesienie gry w okolice pola karnego Jagiellonii.

I właśnie takich rozwiązań chciałbym oglądać w Legii więcej. Nie chodzi o to, żeby przy każdej okazji posyłać piłkę „na aferę”. Chodzi o to, żeby umieć rozpoznać moment, w którym warto ominąć jedną czy dwie formacje rywala i zagrać bezpośrednio do zawodnika znajdującego się wyżej.
Szkoda tylko, że wśród środkowych obrońców Legii takie wyprowadzenie piłki na odpowiednim poziomie prezentują przede wszystkim Kamil Piątkowski i Zoran Arsenić. Przy szybkich zawodnikach z przodu, takich jak Szczepaniak, można byłoby zdecydowanie częściej wykorzystywać tę broń. Bo czasami nie trzeba wymyślać skomplikowanej akcji. Wystarczy zobaczyć przestrzeń, podjąć decyzję i zagrać tam piłkę, zanim rywal zdąży się ustawić.

6. Auf Wiedersehen

Na koniec mały bonus do punktów, bo coś takiego musiało się pojawić po wywiadzie dyrektora sportowego Frediego Bobicia. Otóż nie jestem fanem trenera Marka Papszuna i chyba wie to już większość osób, które czytają moje teksty. Jednak kiedy ktoś taki jak Bobić wychodzi publicznie i mówi wprost, że nie jest fanem stylu gry Papszuna, a w niektórych fragmentach wywiadu próbuje trenerowi jeszcze docinać, muszę stanąć w jego obronie.

Otóż, drogi – oj tak, drogi – dyrektorze sportowy, odkąd trener Papszun jest w Legii, zespół zdobywa w Ekstraklasie średnio 1,96 punktu na mecz – 49 punktów w 25 spotkaniach. W tym czasie przegrał tylko raz u siebie, z Koroną, a w 24 z 25 meczów przynajmniej raz trafił do siatki.

Jeżeli to jest za mało dla jaśnie wielmożnych panów decydentów w klubie, to mam jedno proste pytanie: dlaczego przez kilka miesięcy czekaliście na Papszuna i nie potrafiliście załatwić innego trenera? Zamiast tego na głęboką wodę wrzucono Inakiego Astiza, którego, moim zdaniem ewidentnie spalono w Legii.

Odpowiem sobie sam.

Po pierwsze, trenera Papszuna chciał właściciel Dariusz Mioduski. Po drugie, Wasze rozeznanie w kwestii trenerów i piłkarzy jest na bardzo niskim poziomie.

To nie jest wina Papszuna, że musi pracować z taką, a nie inną kadrą. Zespół ma mnóstwo braków i luk, a część zawodników po prostu nigdy nie powinna zakładać koszulki z „L” na piersi. Za taki stan rzeczy odpowiadają ludzie, którzy tę kadrę budowali, a nie trener, który dostał ją do prowadzenia.

I przypomnę, dyrektorze: to Pan był odpowiedzialny za letnie okno transferowe i pod wieloma transferami się podpisał.

Efekt? Do zespołu trafiło dziesięciu zawodników. Dziś w Legii pozostali z nich jedynie Kamil Piątkowski, Damian Szymański, Antonio Čolak, Henrique Arreiol i Arkadiusz Reca. Tylko jeden z nich jest obecnie podstawowym zawodnikiem pod wodzą Papszuna.

Więc jakim prawem znowu trener ma być winny, a nie ludzie odpowiedzialni za budowę zespołu?
Może najwyższy czas, zamiast mieć pretensje do jedynego człowieka, który próbuje sprawić, żeby ten klub był coraz wyżej i działał bardziej profesjonalnie, skupić się również na sobie i uderzyć się w pierś?

Bo tutaj nie potrzeba dwóch czy trzech okienek, żeby naprawić kadrę. Potrzeba zdecydowanie więcej. Tym bardziej że to właśnie Pan, Panie Bobić, będzie tę kadrę budował. A jak już zdążył Pan pokazać, nazwisko nie zawsze idzie w parze z dobrym okiem do zawodników, a przede wszystkim z właściwą oceną potrzeb klubu.

Dlatego dziwi mnie to publiczne uderzanie w trenera. Chociaż chyba najwyższy czas się do tego przyzwyczaić, bo nie jest to pierwszy raz, kiedy u pewnych dziennikarzy – kurczę, dziwne, że akurat u nich, prawda? – pojawia się żalenie na ludzi, którzy próbowali coś w Legii naprawić.

W przeszłości podobny los spotykał przecież Kostę Runjaicia, Josué czy Aleksandara Vukovicia. Bo przecież nie może być tak, że to oni okażą się jednymi z najjaśniejszych postaci w Legii. Zawsze trzeba znaleźć winnego gdzie indziej. Najlepiej takiego, który rzeczywiście próbuje coś zmienić, podczas gdy osoby odpowiedzialne za budowę zespołu mogą spokojnie stać z boku i tłumaczyć, dlaczego problem leży wszędzie, tylko nie u nich.

Bo przecież wszyscy doskonale znają przepisy na mistrzostwo Polski i zbudowanie świetnej kadry. Nie potrzeba zawodników robiących różnicę, jakościowych liderów czy odpowiednio dobranych profili. Gwiazdy są przecież tylko w Manchesterze City i Barcelonie. A potem wielkie zdziwienie, że Legia broni się przed spadkiem, albo plasuje gdzieś w środku tabeli Ekstraklasy.

Kamil Dumała

Podaj ten news dalej:
Oceny legionistów
Komentarze (7)
Zdobywaj rangiWłasny awatar i profilZarezerwuj swój nick
lub komentuj jako gość