Wyjazdowe zwycięstwo; wrzuty z autu; dobra gra obronna; współpraca przynosząca efekty; Paweł „nie umiem dośrodkować” Wszołek to najważniejsze punkty po poniedziałkowym meczu Legii z Pogonią Szczecin, w którym legioniści zwyciężyli 2-0.
1. Wyjazdowe zwycięstwo
Nareszcie - po 253 dniach - Legia odniosła wyjazdowe zwycięstwo w Ekstraklasie. I choć po drodze była jeszcze wygrana z Szachtarem Donieck, to jednak miała ona miejsce w Lidze Konferencji, więc ligowa posucha trwała zdecydowanie za długo.
Po zwycięstwie na początku sezonu z Koroną Kielce (2-0), kiedy trafiali Nsame i Alfarela, Legia przez długie miesiące nie potrafiła wygrać na wyjeździe. To tylko pokazuje skalę problemu, z jakim ten zespół się mierzył.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że tym razem wygrana była nie tylko bardzo potrzebna, ale i w pełni zasłużona. Legia dominowała na boisku, kontrolowała przebieg spotkania i praktycznie nie dopuszczała Pogoni pod własne pole karne. W końcu było widać zespół, który wie, co chce grać i potrafi to realizować.
To zwycięstwo pozwala na chwilę oddechu, ale przede wszystkim daje cień nadziei, że Legia zaczyna łapać jakiś rytm. Taki, który może w końcu przełożyć się na coś więcej niż pojedyncze punkty i zapewnić utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Bo choć ten mecz można zapisać po stronie plusów, to sytuacja w tabeli nadal jest bardzo napięta. Ścisk jest ogromny i jeden gorszy moment może znów wszystko wywrócić do góry nogami.
2. Wrzuty z autu
Legioniści nareszcie zaczęli w pełni wykorzystywać stałe fragmenty gry i realnie tworzyć dzięki nim zagrożenie. I co ciekawe - nie chodzi tu o rzuty rożne, które nadal wyglądają słabo, tylko o… wrzuty z autu.
Tak, Legia potrafiła po wrzutach z autu stworzyć naprawdę duże zagrożenie pod bramką Pogoni. To właśnie po takim wznowieniu gry przez Rafała Augustyniaka świetnie w polu karnym zachował się Mileta Rajović, który otworzył wynik meczu. Augustyniak - grający jako środkowy obrońca i kapitan - dorzucał piłki z autu najgroźniej ze wszystkich, a Legia regularnie potrafiła zrobić z tego użytek.

Widać było, że ten element został przepracowany podczas przerwy reprezentacyjnej, bo wcześniej czegoś takiego po prostu nie oglądaliśmy. Tym razem te wznowienia miały pomysł, jakość i przede wszystkim przynosiły efekt w postaci realnego zagrożenia pod bramką Valentina Cojocaru.
Warto też zwrócić uwagę na samą organizację przy bramce na 1-0. Wejście w pole karne Radovana Pankova i innych zawodników zrobiło różnicę. W końcu ktoś wpadł na pomysł, żeby ustawić jednego z wyższych graczy na krótkim słupku, a drugiego w centralnej strefie, by mógł zebrać ewentualne zgranie. Proste? Proste. Skuteczne? Jak widać - bardzo.
3. Dobra gra obronna
Nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do gry defensywnej Legii w meczu z Pogonią Szczecin. W końcu było widać w tym elemencie wyraźną rękę trenera Marka Papszuna, który przecież w Rakowie słynął z organizacji gry w obronie.
Poza jedną kontrą w pierwszej połowie i dobrze zablokowanym strzałem zawodnika Pogoni przez Damiana Szymańskiego, gospodarze mieli właściwie tylko jedną groźną sytuację - uderzenie Leonárdo Koútrisa w słupek. I to by było na tyle.
Kompletnie niewidoczny był Kamil Grosicki, a w środku pola kapitalną robotę wykonał Szymański, który po prostu wyłączył z gry pomocników Pogoni. To był dokładnie taki występ, jakiego się od niego oczekuje co tydzień - pełne zaangażowanie, intensywność, obecność w każdej strefie boiska i brak strachu w pojedynkach.

Coraz lepiej wygląda też trio w defensywie: Pankov, Piątkowski i Augustyniak. Widać, że fizycznie zaczęli wyglądać dużo lepiej niż jeszcze kilka tygodni temu - nie sprawiają już wrażenia zawodników zajechanych sezonem.
I chyba największe zaskoczenie: Rafał Augustyniak. Jeszcze niedawno można było mieć do niego sporo uwag, a dziś wyrasta na jednego z kluczowych defensorów u Papszuna. Gra pewnie, nie popełnia głupich błędów, dobrze czyta grę, wyprzedza rywali, a do tego dorzuca konkrety - choćby groźne wrzuty z autu.
No i Patryk Kun - klasyczny „żołnierz” trenera Papszuna. Może nie jest wirtuozem, ale daje coś, czego w tej drużynie długo brakowało: zaangażowanie, intensywność i serce zostawione na boisku w każdym meczu.
4. Współpraca przynosząca efekty
Trochę trzeba było poczekać, aż duet Rajovicia z Adamskim zacznie realnie coś dawać zespołowi, ale w meczu z Pogonią w końcu to „zaskoczyło”. Przy bramce wszystko zagrało idealnie - Rafał Adamski świetnie minął Keramítsisa i wyłożył piłkę jak na tacy Rajoviciowi. Prosto, konkretnie i skutecznie.
Ale nie tylko ta akcja zasługuje na uwagę, bo obaj rozegrali naprawdę solidne spotkanie. Rajović w końcu nie był już tym statycznym napastnikiem, chowającym się za obrońcami i przegrywającym większość pojedynków. Było w nim więcej luzu, więcej pewności siebie. Walczył, pracował dla zespołu i - co najważniejsze - zaczął grać prościej. Bez zbędnego holowania piłki, za to z dokładniejszymi decyzjami.
Co do Adamskiego - tu zdania nie zmieniam. To jest jeden z nielicznych zawodników w tej drużynie, który gra tak, jakby naprawdę mu zależało. Drugi po Kunie, który zostawia na boisku wszystko. Nie boi się piłki, dobrze czyta grę, widzi lepiej ustawionych partnerów. Zresztą spokojnie mógł dorzucić kolejną asystę przy sytuacji Biczachczjana, ale tam zamiast gola była… kontuzja Ormianina.
I to właśnie jest największa różnica - Adamski i Rajović w tym meczu dali konkrety, a nie tylko obecność na boisku. A w obecnej Legii to już naprawdę dużo.
5. Paweł „nie umiem dośrodkować” Wszołek
Niestety na koniec musi pojawić się minus - i to całkiem wyraźny. Paweł Wszołek w meczu z Pogonią przechodził samego siebie, ale niestety w najgorszym możliwym znaczeniu.
Według statystyk wykonał pięć dośrodkowań i tylko jedno było celne. To wyglądało po prostu koszmarnie, a najgorsze są dwie rzeczy. Po pierwsze - Wszołek ma prawą nogę jako wiodącą, to nią potrafi dorzucić dobrą piłkę. Tymczasem w tym meczu uparł się, żeby schodzić na lewą i z niej dośrodkowywać. Efekt? Same niecelne wrzutki, które albo lądowały na obrońcach, albo poza boiskiem.
Po drugie - jego reakcje. Pretensje do kolegów, że nie wbiegli w tempo, że nie byli „tam, gdzie trzeba”. Tylko że ciężko być tam, gdzie trzeba, kiedy piłka leci kompletnie w przypadkowe miejsce.
Najbardziej rzuca się w oczy to, że dziś Patryk Kun robi na lewej stronie więcej konkretów niż Wszołek. I to powinno dawać do myślenia. Bo przez lata, nawet gdy Legii nie szło, Wszołek był jednym z tych, na których można było polegać. A teraz coraz częściej jest odwrotnie - więcej psuje niż daje zespołowi. I jeśli jego forma szybko nie wróci, to z zawodnika, który był pewniakiem do składu, zacznie robić się problem, a nie rozwiązanie.
Kamil Dumała

