Podtrzymana passa; za szybko; rzymianie; waleczny Patryk; przełamanie Rajovicia - to najważniejsze punkty po niedzielnym meczu Legii Warszawa z Cracovią, który legioniści wygrali 1-0.
1. Podtrzymana passa
Jeszcze przed przyjściem Marka Papszuna do Legii Warszawa „Wojskowi” byli „mistrzami”… ale w złym znaczeniu tego słowa - serie porażek, kompromitujące wpadki i kolejne mecze bez zwycięstwa w Ekstraklasie. Do tego dochodziły odpadnięcia z kolejnych rozgrywek, często w sposób, który bardziej przypominał sportową katastrofę niż zwykłą porażkę.
Dziś sytuacja wygląda przynajmniej odrobinę inaczej. Możemy mówć o serii pięciu spotkań bez porażki. Po przegranej z Korona Kielce drużyna z Łazienkowskiej wygrała dwa mecze i trzy zremisowała. Co ciekawe, zwycięstwa odnieśliśmy przed własną publiczności, natomiast wszystkie remisy zostały wywalczone na wyjazdach.
W obecnej sytuacji nie ma sensu rozliczać Legii Warszawa ze stylu. Na to przyjdzie czas w kolejnym sezonie - oczywiście pod warunkiem, że klub utrzyma się w Ekstraklasie. Dziś najważniejsze są punkty. Każdy jeden. To one mają pozwolić wydostać się ze strefy spadkowej i wreszcie złapać trochę spokoju w końcówce sezonu. Bo największym koszmarem dla kibiców Legii Warszawy byłaby wizja tego, że kolejny sezon ich drużyna zacznie nie w elicie, lecz na stadionach pierwszoligowych.
Mecz z Cracovią nie był widowiskiem, które zapamięta się na długo. To było spotkanie raczej dla koneserów polskiej piłki - dużo walki, mało fajerwerków. Ale w obecnej sytuacji Legii nie liczy się estetyka, tylko efekt końcowy. A ten był dla warszawian najlepszy z możliwych: trzy punkty, które pozwalają przynajmniej na chwilę odetchnąć.
2. Za szybko
To, o co można mieć pretensje do Legii, to paradoksalnie… zbyt szybka gra w ofensywie. I nie jest to zarzut wobec jednego zawodnika, lecz właściwie całej formacji ataku.

Najlepszym przykładem była sytuacja z udziałem Kacpra Urbańskiego i Wahana Biczachczjana. Moim zdaniem były zawodnik m.in. Pogoni Szczecin zdecydował się na strzał zdecydowanie zbyt szybko - zwłaszcza, że potrafi uderzyć zarówno mocno, jak i bardzo celnie. W tej sytuacji aż prosiło się o chwilę spokoju, poprawienie ustawienia i dopiero wtedy oddanie strzału.
Takich momentów w tym meczu było więcej. Raz Urbański zbyt pospiesznie zagrywał do partnera po przejęciu piłki na połowie rywala, innym razem podobny błąd popełniali Chodyna, Elitim czy Kapustka. Zamiast uspokoić akcję i spróbować rozegrać ją dokładniej, zbyt często wybierali pierwsze, najbardziej oczywiste rozwiązanie.
Oczywiście po odbiorach zdarzały się również straty - i tutaj niestety wyróżniał się Rajović, który kilka razy nie potrafił utrzymać piłki lub podjąć właściwej decyzji w momencie, gdy akcja mogła się dopiero rozwinąć.
Najbardziej zabrakło spokoju. Tym bardziej że zawodnicy Cracovii momentami sami sobie przeszkadzali w defensywie. W kilku sytuacjach wchodzili sobie w drogę, gubili krycie i zostawiali przestrzeń, którą ofensywa Legii mogła wykorzystać znacznie lepiej.
Tymczasem zamiast chłodnej głowy często pojawiał się pośpiech. A w takich momentach jedna sekunda spokoju bywa w piłce warta więcej niż najszybszy sprint.
3. Rzymianie
I w tym miejscu zaczynają się pochwały, bo na nie w pełni zasługuje cała defensywa Legii. Bardzo dobrze w ostatnich meczach wygląda Radovan Pankov, który wyrasta na prawdziwego lidera obrony. Serb wygrał siedem z dziesięciu pojedynków, zaliczył cztery odbiory, a jego celność podań wyniosła 69 procent. Widać wyraźnie, że Pankov w ostatnim czasie odżył - dyryguje linią defensywną, dobrze się ustawia i pojawia się dokładnie tam, gdzie powinien. To właśnie on świetnie zablokował głową groźne dośrodkowanie Praszelika.
Obok Pankova coraz lepiej zaczyna wyglądać Kamil Piątkowski, który powoli łapie właściwą formę. Wcześniej do wielu jego występów można było mieć sporo zastrzeżeń - zdarzało mu się być spóźnionym, nie trafiał czysto w piłkę, brakowało mu pewności. W meczu z Cracovią cała defensywa zagrała jednak bardzo solidnie i przede wszystkim pewnie.
Goście, poza sytuacją Perkovicia oraz jednym niepewnym wyjściem Hindricha z bramki Legii, praktycznie nie zagrozili poważnie bramce gospodarzy. Dobrze wyglądała również gra w defensywie przy stałych fragmentach, co - biorąc pod uwagę wcześniejsze problemy Legii w tym elemencie - można uznać za sporą niespodziankę.
Wydaje się też, że nowy bramkarz wnosi do defensywy dużo spokoju. Swoimi interwencjami pomaga zespołowi, a nie wprowadza nerwowość. Szczególnie na duży plus należy zapisać jego efektowną interwencję „szczupakiem”, bo w tej sytuacji zawodnik gości miałby przed sobą praktycznie pustą bramkę.
Dzięki temu, że linia obrony zaczyna funkcjonować coraz pewniej, Cracovia momentami wyglądała jak Rzymianie w starciu z Obelixem i Asteriksem - niby walczyli, ale tak naprawdę bez większych szans na przechytrzenie przeciwnika.
4. Waleczny Patryk
Specjalnie nie wymieniłem w poprzednim punkcie Patryka Kuna, bo zasłużył na osobny akapit. Kiedy kontuzji doznał Ruben Vinagre i stało się jasne, że czeka go dłuższa przerwa, trener Papszun na lewym wahadle miał właściwie tylko dwa rozwiązania - szklanego Arkadiusza Recę oraz będącego wcześniej na marginesie Patryka Kuna.
I właśnie Kun w ostatnich meczach okazuje się jednym z lepiej prezentujących się zawodników Legii. Trener Papszun mu zaufał, a były gracz m.in. Rakowa Częstochowa stara się to zaufanie spłacać dobrą grą na boisku.
Można mówić, że tacy zawodnicy jak Kun nigdy nie powinni trafiać do Legii, bo nie mają wystarczających umiejętności. Ale gdyby każdy piłkarz Legii wkładał w każdy mecz tyle serca, ambicji i pracy co Kun, to warszawski zespół byłby dziś w zupełnie innym miejscu w tabeli.
Kun może stracić piłkę, może popełnić błąd, ale niemal natychmiast rusza, by ją odzyskać. W meczu z Cracovią był bardzo aktywny na swojej stronie boiska, często napędzał akcje i regularnie dawał się we znaki rywalom. Taka energia i zaangażowanie potrafią być dla drużyny bezcenne.
Jeżeli utrzyma taką dyspozycję, Kun może okazać się naprawdę ważną kartą w talii trenera Papszuna w dalszej części sezonu.
5. Przełamanie Rajovicia
Nareszcie swojego gola zdobył Mileta Rajović. Było w tym nieco szczęścia, bo piłka po drodze odbiła się jeszcze od słupka, ale to właśnie Rajović zapewnił Legii bardzo ważne trzy punkty.
Kiedy napastnik pojawił się na boisku po kontuzji Antonio Čolaka, wielu kibiców pewnie zastanawiało się, ile tym razem sytuacji zmarnuje. Na szczęście tylko raz zachował się źle tuż przed polem karnym Cracovii - w sytuacji, gdy zamiast zagrać na prawą stronę do lepiej ustawionego kolegi, zdecydował się na strzał, a piłka trafiła w nogi pierwszego obrońcy.
Poza zdobytą bramką nie był to jednak wybitny występ Rajovicia. Duński napastnik często tracił piłkę i miał problemy z utrzymaniem się przy niej tyłem do bramki, przez co nie dawał drużynie chwili wytchnienia, zwłaszcza środkowej strefie i defensorom.
Jestem ciekaw, jak będzie to wyglądało w kolejnych meczach. Sam chętnie zobaczyłbym na pozycji „dziewiątki” Rafała Adamskiego. To bardzo mobilny zawodnik, który dobrze porusza się w polu karnym i ma niezłą czutkę do sytuacji bramkowych. W meczu, w którym Legia potrzebuje ruchu, pressingu i energii w ataku, taki profil napastnika mógłby okazać się bardzo przydatny.
Kamil Dumała

