W niedzielę o dość wczesnej porze graliśmy ligowe spotkanie w Białymstoku. Na szczęście czasy, kiedy trzeba było jechać na Podlasie 7-8 godzin przed meczem, a i tak wejście było niemożliwe, są już minione. Dziś białostocki stadion jest najlepszym przykładem, jak należy wpuszczać przyjezdnych. Szybko i sprawnie, bez szukania problemów.
Niedzielny wyjazd zapamiętamy m.in. za sprawą pierwszego białostockiego przemarszu na stadion z dworca PKP, a także świetnego dopingu z naszej strony w II połowie, co zbiegło się z odwróceniem losów przegranego - wydawało się - spotkania.

Do Białegostoku ruszyliśmy pociągiem specjalnym (11 wagonów), który ok. 10:30 wyjechał z dworca Warszawa Gdańska. Podróż na Podlasie trwała równo dwie godziny. W końcu czuć było wiosnę, więc można było porzucić zimowe kapoty i elegancko prezentować się w białych uniformach. Ze stacji Białystok Zielone Wzgórza do celu mieliśmy ok. 4 kilometry. Na miejscu nie czekały jednak na nas, jak to zwykle bywa, podstawione autobusy, a policja ustawiona tarcza w tarczę po obu stronach w szpalerze. W obstawie (na szczęście spokojnej, bez żadnych prowokacji), ruszyliśmy piechotą w stronę stadionu. Przemarsz, nieco spowalniany przez blokowanie skrzyżowań przez mundurowych, trwał ok. 75 minut. Idąc ulicą Żeromskiego właściwie długo nie było widać po bokach żywej istoty, jakby był to teren zupełnie niezamieszkały.
Kiedy w końcu doszliśmy na doskonale nam znany parking przy sektorze gości, czekało nas powitanie ze strony miejscowych. Lokalne pszczółki opuściły trybuny, by wylec na promenadę i ponapinać się z oddali. Jako że śnieg jeszcze nie do końca stopniał, było parę wymian śnieżnych kul. Czasu do rozpoczęcia meczu nie było wiele, ale sprawne wpuszczanie do klatki, które dziś może być przykładem dla wszystkich w Polsce, sprawiło, że cała nasza grupa weszła na trybunę przed pierwszym gwizdkiem. Byliśmy w komplecie - 1027 os. W sektorze gości wywiesiliśmy 10 flag: "Legia Warszawa", biało-czerwona "Wyklęci", (L) w wieńcu laurowym, Ultras Legia, Tradycja Pokoleń, Legia Warszawa (gotykiem), Mokotów, Ursynów, Zambrów, Sokołów Podlaski. Ponadto na ogrodzeniu wywieszona została flaga Norwegii.

Zainteresowanie meczem z Legią wśród gospodarzy było spore, więc nie mógł dziwić komplet na trybunach, a dokładnie nieco ponad 20 tys. widzów. W nabitym młynie białostoczan (wraz z nimi 40 osób z Mazura Ełk) przeprowadzono zbiórkę na oprawy - w tej kwestii ultrasi Jagiellonii ustanowili swój rekord, tj. ponad 51 tysięcy złotych zebranych na cele ultras. Białostoczanie, choć w czwartek mieli jeszcze wyjazdowy mecz we Florencji, na mecz z Legią przygotowali oprawę na dwie trybuny. Tę zaprezentowali na początek spotkania, a przygotowana kartoniada na młynie i trybunie prostej utworzyła hasło "Żółto-czerwoni". "Żółto-czerwony, podlaski ch... pier..." - skandowali legioniści w trakcie prezentacji.

Co oczywiste, przez cały mecz nie mogło zabraknąć wzajemnych uprzejmości. Kiedy przed spotkaniem Taras Romańczuk wyróżniany był za rozegranie 350. spotkań w Jagiellonii, z naszej strony niosło się "Je... UPA i Banderę, hej!". Początek meczu nie był najlepszy w wykonaniu naszych piłkarzy. Wiele osób łudziło się, że białostoczanie będą zmęczeni po 120-minutowym boju z Fiorentiną o awans do kolejnej rundy Ligi Konferencji i powrocie z Włoch, ale pierwszych 45 minut pokazało na murawie zupełnie co innego. Spóźnieni do każdej piłki byli gracze z eLką na piersi. I już w drugiej minucie sędzia podyktował rzut karny dla gospodarzy, a piłkę na jedenastym metrze ustawił ulubieniec białostoczan - Afimico Pululu. Miejscowi oczywiście wyli z podniecenia, kiedy arbiter wstrzymał wykonanie rzutu karnego, udał się do monitora (wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, czy nie sprawdza choćby ew. czerwonej kartki dla bramkarza Legii), a następnie anulował jedenastkę. "Taki ch..., taki ch...!" - skandowaliśmy w stronę smutnych w tamtym momencie gospodarzy.

Tyle że nie minął kwadrans i ci wielce zmęczeni miejscowi strzelili bramkę wypoczętym legionistom. "Hej Legio, jazda z k..." - niosło się po straconym golu z sektora gości, by po chwili ryknąć "Nie poddawaj się, ukochana ma...". Niestety parę minut później było już 2-0 dla Jagiellonii, a strzelec z Angoli prowokował pod naszym sektorem. "Pululu ch... ci na imię!" - skandowaliśmy od razu. A tak jak pierwszą bramkę, tak i drugą, świętowano przy muzyce disco-polo i wydzierającym się jak popier... spikerze, który ewidentnie uciekł z psychiatryka.
No jakby to powiedzieć... nie weszliśmy dobrze w mecz. "Legia grać, k... mać!" - skandowaliśmy pod adresem piłkarzy. I niewiele brakowało, a ci przed przerwą straciliby jeszcze dwie bramki. Kiedy nic nie zwiastowało poprawy, tuż przed przerwą, białostoczanie strzelili sobie samobója i po 45. minutach mieliśmy wynik 1-2 w plecy - znacznie lepszy aniżeli postawa na murawie.

Chyba nikt nie liczył już, że tego dnia możemy wyjechać z Białegostoku z jakąkolwiek zdobyczą punktową. Ale życie pisze różne scenariusze. Być może nasza dobra postawa (wokalna) w drugiej połowie została nagrodzona. Kamil zmobilizował cały sektor do maksymalnego zaangażowania. Pieśń "Legia CWKS, Ciebie po życia kres będziemy wspierać, a Jagę j..." - niosła się kapitalnie. Wkręciliśmy się na maksa, a kiedy jeszcze w jej trakcie padło wyrównanie (po kolejnym samobóju), mieliśmy kosmiczny poziom decybeli. Jak to niewiele potrzeba, by uwierzyć, że można.
Od tego momentu, a była to 55. minuta, nie schodziliśmy już poniżej wysokiego poziomu. Tak samo jak piłkarze, uwierzyliśmy, że tego dnia można wygrać. Przez dłuższy czas śpiewaliśmy tę samą pieśń, kilkukrotnie ściszając śpiewy, by po chwili ruszyć ze zdwojoną mocą. W tej części spotkania w naszym sektorze powiewało 14 dużych flag na kijach. Jako że mecz rozgrywany był 1 marca, nie mogło zabraknąć wyrażania pamięci nt. Bohaterów, którzy byli gnębieni po wojnie za swoją patriotyczną postawę. "Armio Wyklęta, Warszawa o Was pamięta" - skandowaliśmy. A na przedzie wisiała charakterystyczna biało-czerwona flaga z wilkiem i hasłem "Wyklęci". Warto wspomnieć, że gospodarze wywiesili m.in. transparent "Cześć Waszej Pamięci Żołnierze Wyklęci". Ponadto Jagiellonia przyłączyła się do naszych okrzyków "J... UPA i Banderę, hej!".
Pod koniec meczu głośno śpiewaliśmy "Gdybym jeszcze raz..." oraz "Hit z Wiednia". Kilka minut przed końcem, zgodnie z hasłem "Cała Legia bez koszulek", ściągnęliśmy górną warstwę garderoby i do końcowego gwizdka zdzieraliśmy gardła jak w transie. Naprawdę w drugiej połowie - wielka klasa. Kiedy piłkarze podeszli pod nasz sektor usłyszeli tylko "My kibice z Łazienkowskiej nie poddamy się...". Kiedy zaś gospodarze ruszyli w rundę honorową do kibiców na wszystkich trybunach, kilkukrotnie cisnęliśmy napastnika z Angoli, który przesiąkł już dawno białostockim kompleksem Legii. Na koniec oczywiście było jeszcze trochę "uprzejmości" z miejscowymi, którzy w trakcie meczu ubliżali nam na dwie strony, coś tam pajacowali o pierwszej lidze, aż w końcu wrócili zwinęli swe graty i wrócili do chaty.

Po meczu niespełna godzinę czekaliśmy na wyjście z trybun. Później jeszcze chwilę trzeba było odstać, zanim policja uformowała orszak, byśmy mogli kroczyć w stronę dworca. Tym razem tempo było nieco bardziej żwawe i dotarcie na stację zajęło nam 65 minut. Pociąg już na nas czekał, więc można było zająć miejsca w przedziałach i poczekać kilkanaście minut w komfortowych warunkach na odjazd specjala w kierunku stolicy. W Warszawie zameldowaliśmy się kwadrans po godzinie 21. Teraz przed nami domowe spotkanie z Cracovią, a następnie mecz przyjaźni w Radomiu.
Frekwencja: 20 048
Kibiców gości: 1027
Flagi gości: 10
Autor: Bodziach
Legia Warszawa 2-2 Jagiellonia Białystok - Woytek / 77 zdjęć
Legia Warszawa 2-2 Jagiellonia Białystok - Maciek Gronau / 94 zdjęcia

