Zbyt dużo minusów; po pierwszej: „jakość”, a jakość; po drugiej: niedosyt; co się dzieje z Kacprem?; mentalność - to najważniejsze punkty po niedzielnym remisie 2-2 Legii Warszawa z Jagiellonią Białystok.
1. Zbyt dużo minusów
Mały sukces tej niedzielnej potyczki? Taki, że dół tabeli ostatnio punktuje aż miło, więc żeby nie stracić z nim kontaktu, w meczu z Jagiellonia Białystok trzeba było przynajmniej coś ugrać. Punkt stał się obowiązkiem, nie ambicją. Patrząc na przebieg spotkania, remis można oceniać dwojako - i do tego jeszcze wrócę - ale najpierw trzeba powiedzieć wprost: w Legii minusów jest dziś więcej niż argumentów na plus.
Środek pola w niedzielę nie funkcjonował tak, jak powinien. Bartosz Kapustka próbował szarpać, walczyć, ale ani on, ani Juergen Elitim nie dawali drużynie konkretu w ofensywie. Dużo biegania, mało efektu. Trójka z przodu również nie potrafiła przejąć inicjatywy, a przecież wspierał ją Rafał Augustyniak, który - umówmy się - ofensywnym krezusem nigdy nie był i nie będzie.
Dla kontrastu, środkowi pomocnicy Jagiellonii mieli realny wpływ na losy meczu. Flach zdobył pięknego gola, później zanotował samobójcze trafienie, ale przez cały mecz był pod grą. Z kolei Bartosz Mazurek pokazał, jak powinna wyglądać walka i zaangażowanie - bez kalkulacji, bez odpuszczania. Tego w Legii momentami brakowało najbardziej.
Problemem pozostaje też doskok do przeciwnika. Pressing w wykonaniu legionistów nadal nie jest ich najmocniejszą stroną, choć trzeba przyznać, że z meczu na mecz widać delikatny progres. Niestety w defensywie wciąż pojawiają się mankamenty. I trudno się dziwić, skoro gra trójką z tyłu wygląda jak projekt w trakcie testów beta - brakuje odpowiednich wykonawców, a między nimi wciąż nie ma zgrania.
Co gorsza, część błędów nie wynika nawet z systemu czy ustawienia. Są po prostu… dziecinne. A na tym poziomie takie prezenty zazwyczaj kończą się utratą punktów.
Remis z Jagiellonią można więc traktować jako zdobyty punkt albo stracone dwa. W zależności od tego, czy patrzymy na tabelę, czy na jakość gry.

2. Po pierwszej: „jakość”, a jakość
Po pierwszej połowie miałem w głowie jedną myśl: to się skończy pogromem. Legia Warszawa nie dawała żadnych argumentów, by wierzyć choćby w remis. Owszem, zdobyła bramkę, ale przy stanie 2-1 dla Jagiellonii Białystok było to raczej złudzenie kontroli niż realny sygnał, że coś zaczyna funkcjonować.
To, jak grała Jagiellonia, obnażało różnicę poziomów. Przepaść w płynności, w decyzyjności, w odwadze. Akcja na 2-0 dla zespołu z Białegostoku była kwintesencją ich stylu - szybkie, odważne podania, ruch bez piłki i wyjście do ataku większą liczbą zawodników. Wszystko na jeden, dwa kontakty, bez zawahania. Legia przy tej akcji wyglądała jak drużyna, która widzi coś po raz pierwszy w życiu.
Mam wrażenie, że niepotrzebnie przy tej akcji do środka zszedł Augustyniak. Zamiast pilnować swojej strefy i zabezpieczać tyły, ruszył za rywalem, jakby chciał nadrobić coś, czego nadrobić się nie da. A przecież nie jest demonem szybkości. W efekcie zrobiła się luka, z której Jagiellonia skorzystała bez chwili wahania.
Gdyby Legia była w stanie przeprowadzić choć jedną taką akcję - szybką, dynamiczną, z wymianą podań z pierwszej piłki - byłbym pod wrażeniem. Bo to oznaczałoby, że nikt się nie „połamał” w trakcie sprintu i że zespół potrafi grać w tempie, które dziś jest standardem w lidze. Tymczasem u legionistów wszystko odbywa się w zwolnionym tempie, jakby każdy ruch trzeba było najpierw przemyśleć trzy razy.
Czy to kwestia miejsca w tabeli? Mentalnego balastu? A może po prostu różnicy w umiejętnościach? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Faktem jest, że w grze gospodarzy widać było fantazję, luz i pewność siebie. W grze Legii - napięcie, nerwowość i momentami wręcz instynktowne cofanie się do defensywy, jakby najważniejsze było przetrwać, a nie zagrać swoje.
3. Po drugiej: niedosyt
W drugiej połowie zobaczyliśmy zupełnie inną Legia Warszawa. Oczywiście - Jagiellonia Białystok osłabła fizycznie, tempo już nie było takie jak przed przerwą, ale to nie było tak, że Legia tylko skorzystała z cudzego zmęczenia. Wreszcie zaczęła grać.
Pojawiły się akcje oskrzydlające, głównie prawą stroną, gdzie Kacper Chodyna w końcu pokazał, po co został sprowadzony. W drugiej połowie - obok Patryka Kuna - był najlepszym zawodnikiem Legii. Obaj walczyli, szukali pojedynków, dogrywali dobre piłki w pole karne. I powinni skończyć mecz z kolejnymi asystami.

No właśnie - powinni. Bo tu dochodzimy do problemu, który nazywa się Mileta Rajović. Widać, że mu nie idzie. I zaczyna się pojawiać pytanie, czy w ogóle kiedykolwiek pójdzie. W jednej z kluczowych sytuacji najpierw uderzył, a potem… sam sobie zablokował strzał. Trudno to nawet racjonalnie wytłumaczyć. Wystarczyło zostawić piłkę - dosłownie nic nie robić - a ta dotarłaby do Rafała Adamskiego. I naprawdę można było wierzyć, że Legia wygrałaby ten mecz.
W końcówce widać było, że niektórzy oddychają rękawami. Co ciekawe, również Antonio Čolak, choć pojawił się na murawie zaledwie kilkanaście minut wcześniej. To niepokojący sygnał, bo świeżość rezerwowych powinna być atutem, a nie kolejnym problemem.
Mimo wszystko druga połowa daje więcej powodów do umiarkowanego optymizmu niż pierwsza do frustracji. Legia grała szeroko, korzystała z wolnego korytarza po prawej stronie - często włączał się tam Kamil Piątkowski - tworzyła sytuacje. Jagiellonia po przerwie praktycznie nie istniała w ofensywie. Oczywiście wpływ miało zmęczenie gospodarzy, ale w grze Legii było też widać korekty i reakcję trenera.
To nie była rewolucja. To nie był futbol, który porywa. Ale było lepiej. A w obecnej sytuacji Legii „lepiej” to już jakiś krok.
Problem w tym, że bez skuteczności ten krok zawsze będzie za krótki. A ta - nie ma co owijać w bawełnę - pozostaje na poziomie, który aspiracjom tego klubu zwyczajnie nie przystoi.
4. Co się dzieje z Kacprem?
Długo go broniłem. Naprawdę długo. Ale w pewnym momencie milczenie przestaje być cierpliwością, a zaczyna być zaklinaniem rzeczywistości. I niestety - czas to powiedzieć wprost - przygoda Kacpra Urbańskiego z Legią Warszawa wygląda dziś bardzo źle.
Wejście w meczu z Jagiellonią Białystok? Dramat. Pięć podań, z czego tylko dwa celne. Pięć strat. Zero konkretu. Zero impulsu. Zero momentu, w którym można było powiedzieć: „ok, tu jest jakość”. A przecież wchodził jako zawodnik, który ma dać coś ekstra - przyspieszyć, odwrócić ciężar gry, zrobić różnicę.
Wydawało się, że „dziesiątka” to będzie dla Urbańskiego naturalne środowisko. Przestrzeń między liniami, więcej kontaktów z piłką, możliwość kreowania. Idealne warunki, by pokazać atuty. Tymczasem zamiast reżysera oglądamy statystę. Dostał szansę na początku rundy wiosennej, ale z meczu na mecz tych minut było coraz mniej. I niedzielne wejście brutalnie pokazało dlaczego.

Nie oczekuję od piłkarzy Legii wirtuozerii. Nie oczekuję fajerwerków ani kompilacji na YouTubie. Oczekuję podstaw - walki o każdy centymetr boiska, doskoku, determinacji, nieodpuszczania. Tego minimum, które w dużym klubie powinno być standardem. U Urbańskiego tego brakuje. Brakuje energii, brakuje zadziorności, brakuje nawet zwykłej sportowej złości.
Najbardziej boli to, że były nadzieje. Że wydawało się, iż właśnie w Legii może „odpalić”, złapać pewność siebie, stać się kimś ważnym. Na razie jednak zamiast rozwoju widzimy stagnację. A w klubie, który walczy o odbudowę swojej tożsamości, na stagnację zwyczajnie nie ma miejsca.
5. Mentalność
Wielu dziwiło się euforii po zwycięstwie Legii Warszawa nad Wisłą Płock, ale dla mnie w tej radości nie było nic przesadzonego. Po dwunastu spotkaniach bez wygranej, z miejscem w strefie spadkowej i mentalem zakopanym głęboko pod ziemią, każdy triumf urasta do rangi małego święta. To nie była feta po mistrzostwie - to była ulga po długim duszeniu się pod wodą.
Wcześniej legioniści wyszarpali punkt z Arką Gdynia. I to nie jest tylko kwestia tabeli, ale sygnału wysłanego samym sobie: „jeszcze potrafimy”. Z Jagiellonią w drugiej połowie było widać coś, czego w tym sezonie brakowało — reakcję i próbę przejęcia inicjatywy. A to w kontekście kryzysu mentalnego znaczy więcej niż same trzy punkty.

Pewność siebie nie wraca po jednym meczu. Z takiego dołka wychodzi się powoli - mecz po meczu, akcja po akcji. Nie da się odbudować psychiki za pstryknięciem palców. Potrzebna jest seria, powtarzalność, dowody na to, że drużyna potrafi odwrócić losy spotkania, a nie tylko bezradnie czekać na końcowy gwizdek.
Dlatego fakt, że piłkarze Legii potrafili w dwóch meczach odrobić dwubramkową stratę, jak na realia tego sezonu jest czymś istotnym. W marnych miesiącach, gdy wszystko się sypało, takie sygnały są bezcenne.
Z kryzysu mentalnego wychodzi się krok po kroku. I jeśli te ostatnie spotkania mają być pierwszymi stopniami tej drogi, to oby napędziły one zespół.
Kamil Dumała

