Nie napędziło; nie umiesz, to nie rób; wyciąganie lekcji; śpiący królewicz; ciało obce - to najważniejsze punkty po piątkowym remisie Legii z GKS-em Katowice.
1. Nie napędziło
Tydzień temu zastanawiałem się, czy remis wydarty w ostatnich minutach z Arką Gdynia napędzi piłkarzy Legii w walce o utrzymanie. Jak się okazało po meczu z GKS Katowice — wcale nie napędził. Owszem, w pierwszej połowie Legia wyglądała lepiej. Miała kilka sytuacji podbramkowych, próbowała zakładać pressing (najczęściej nieskuteczny), szybko wymieniała podania, ale co z tego, skoro po raz kolejny skończyło się remisem.
I jasne - w obecnej sytuacji każdy punkt należy szanować, ale bez przesady. Same remisy, przeplatane porażkami, utrzymania nie dadzą, a wręcz przeciwnie - mogą je skutecznie utrudnić. Ten jeden punkt może nawet oznaczać spadek na ostatnie miejsce w tabeli, jeśli swoje mecze wygrają Widzew Łódź i Bruk-Bet Termalica Nieciecza.
Druga połowa to już zupełnie inna historia. Legioniści byli na boisku jedynie statystami. Brakowało akcji, pomysłu, intensywności. Jedyne, co można było zapamiętać, to dwa szybkie wejścia skrzydłem Chodyny, ale to nie są biegi przełajowe - to piłka nożna. I również z tego niewiele wynikło.
Po stracie bramki zawodnicy trenera Marka Papszuna ponownie mentalnie usiedli i nie potrafili się podnieść. Swoją drogą, zmiany również nie pomogły - zwłaszcza te pierwsze, czyli wejścia Rajovicia i Chodyny, choć to akurat nie powinno nikogo dziwić.
Sytuacja Legii jest ciężka - można wręcz napisać, że koszmarna. Oczywiście wielu ekspertów, piłkarzy czy sam trener powtarza, że „wystarczy jedno zwycięstwo i wszystko ruszy”. Mam jednak duże wątpliwości, czy tak się stanie, zwłaszcza że do końca sezonu pozostało zaledwie 13 meczów, a Legia właśnie pobiła kolejny niechlubny rekord - w lidze nie wygrała 12 spotkań z rzędu.
2. Nie umiesz to nie rób
To, co najmocniej rzuca się w oczy w grze Legii – oczywiście poza notoryczną niedokładnością i marnowaniem sytuacji podbramkowych – to uporczywe wchodzenie w dryblingi przez zawodników, którzy tych pojedynków wygrać po prostu nie potrafią. Krasniqi, który fatalnie wszedł w rundę wiosenną, jest dziś symbolem złych decyzji boiskowych. Oczywiście zaraz ktoś napisze, że „przecież miał dwie asysty w meczu z Arką”. Problem w tym, że wszyscy zdają się zapominać, iż w dwóch ostatnich spotkaniach zanotował również… dwie asysty dla rywala. Z Arką podał wprost pod nogi przeciwnika, po czym poszła kontra i zespół trenera Dawida Szwargi zdobył drugą bramkę. Z kolei w meczu z GKS-em Katowice Krasniqi bezmyślnie sfaulował rywala, a po rzucie wolnym gospodarze wyrównali stan spotkania.

W pierwszej połowie Legia kilka razy nieźle wychodziła z kontrą albo miała akcje w przewadze liczebnej. I znów – co z tego, skoro najczęściej kończyło się to na Krasniqim, który uparcie próbował wchodzić w drybling i regularnie go przegrywał. Statystyki są bezlitosne: na trzy próby tylko jedna udana, za to… aż 21 strat piłki. Jak na wahadłowego w Legii to wynik wręcz kompromitujący. Dla porównania – niegrający Patryk Kun stracił piłkę zaledwie 11 razy.
I jasne – czasem trzeba spróbować dryblingu, stworzyć przewagę, otworzyć przestrzeń. Problem w tym, że Krasniqi zamiast pomagać zespołowi, regularnie marnuje energię kolegów, głupio tracąc piłkę w momentach, w których wystarczyłoby proste, dokładne podanie do najbliższego partnera i wyjście na pozycję. Ale nie – tu trzeba szukać kwadratowych jaj, nawet jeśli kosztuje to Legię kolejne stracone akcje i nerwy wszystkich dookoła.
3. Wyciąganie lekcji
Piłkarze oraz sztab szkoleniowy mają ogromny problem z wyciąganiem wniosków z kolejnych meczów. A właściwie – nie tylko oni. Skoro „góra” od lat nie potrafi się uczyć na własnych błędach, trudno oczekiwać tego od niższych szczebli. Spójrzmy jednak na samą sytuację utraty bramki, bo ten schemat powtarza się od kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu spotkań.

Analizując gola dla GKS Katowice, widać cały łańcuch błędów. Pierwszy – kompletnie niepotrzebny, bezmyślny faul Ermala Krasniqi. Drugi – fatalna organizacja przy dośrodkowaniu Bartosza Nowaka. W polu karnym dwóch zawodników pilnuje Borję Galána: Damian Szymański ustawiony przed Hiszpanem oraz Antonio Čolak za nim. Efekt? Żaden z nich nie potrafi skutecznie przykryć zawodnika z Katowic. Krycie „na radar”, bez kontaktu, bez kontroli przestrzeni.
A na końcu tej sekwencji jest jeszcze bramkarz. Kacper Tobiasz po raz kolejny traci gola z kilku metrów przed linią bramkową. To nie był strzał nie do obrony, to była sytuacja z kategorii tych, w których bramkarz musi dać drużynie coś ekstra. Tymczasem znów widzimy bierność i brak reakcji.
I tu pojawia się zasadnicze pytanie: ile razy można powtarzać te same błędy? Obrona przy stałych fragmentach gry wymaga gruntownej przebudowy – nie kosmetyki, lecz nauczenia jej od podstaw, przez serię intensywnych treningów. A jeśli chodzi o pozycję bramkarza – być może nadszedł moment, by Tobiasz na chwilę usiadł na ławce. Czasem krok w tył pozwala zrozumieć, że rozwój nie jest dany raz na zawsze, a obecna forma może być sygnałem ostrzegawczym, nie „gorszym okresem”.
Bo dziś największym problemem Legii nie jest pojedynczy błąd. Największym problemem jest to, że te błędy przestały kogokolwiek dziwić.
4. Śpiący królewicz
Po kontuzji i transferowych telenowelach do pierwszego składu wrócił Steve Kapuadi. I był to powrót, który spokojnie mógłby zostać odwołany po pierwszym kwadransie. Francuz wyglądał jak śpiący królewicz wyciągnięty z łóżka siłą i wrzucony na murawę – bez energii, bez koncentracji, bez jakiejkolwiek ochoty do gry. Sprawiał wrażenie piłkarza, który na boisku jest za karę, a nie dlatego, że to jego zawód.
Nic mu nie wychodziło. Był ociężały, spóźniony, jakby mecz oglądał, a nie w nim uczestniczył. Najlepszym podsumowaniem był moment z 32. minuty, gdy Ilja Szkuryn wyszedł mu za plecy jak po sznurku, a Kapuadi… cóż, najwyraźniej uznał, że jeśli czegoś nie widzi, to problem nie istnieje. Tak środkowy obrońca grać nie może. Zwłaszcza w drużynie, której defensywa i tak przypomina domek z kart – wystarczy lekki podmuch, by wszystko się posypało.
Jakby tego było mało, Kapuadi kilkukrotnie rozdawał piłki rywalom w kompletnie niegroźnych sytuacjach, a momentami ratował się bezsensownymi faulami, jakby sam nie wiedział, co robi i gdzie jest. Czy to efekt frustracji po zimowym okienku transferowym, czy po prostu wpisanie się w ogólną, legionową niemoc – trudno powiedzieć.
Jeśli taki występ się powtórzy w kolejnym meczu lub dwóch, to wypadałoby, żeby Marek Papszun przestał patrzeć na nazwiska i CV, a zaczął reagować. Ławka rezerwowych nie jest karą – jest narzędziem. A na boisku powinni grać ci, którzy dokładają drużynie coś pozytywnego, a nie kolejny problem do już i tak przeładowanej listy.
Bo Legia naprawdę nie potrzebuje dziś piłkarzy, którzy są w formie „do obudzenia”. Potrzebuje takich, którzy w ogóle wiedzą, że mecz już się zaczął.
5. Ciało obce
Ja wiem, że czterech–pięciu zawodników zwyczajnie nie nadaje się dziś do pierwszego składu Legii, bo na boisku praktycznie ich nie widać. Ale osobny rozdział tej historii to pozycja numer „9” – temat, który w Warszawie wraca częściej niż pytanie „kto zawinił?”.
Od pierwszej minuty szansę dostał Antonio Čolak, bohater dwóch bramek z Arką. I niestety – tym razem wyglądał jak ciało obce przeszczepione do organizmu, który go nie przyjął. 11 podań przez 59 minut, z czego 9 celnych. Liczby poprawne jak na bramkarza, ale nie jak na napastnika, który powinien być punktem odniesienia w ataku. Jego zmiennik, Mileta Rajović, przez swój pobyt na murawie podał siedem razy. To są statystyki, które bardziej pasują do meczu rozgrywanego w cieniu, a nie do walki o być albo nie być.
Dla porównania – w 89. minucie wszedł debiutujący Jan Leszczyński i zaliczył pięć podań, wszystkie celne. Tak, to obrońca. Tak, to końcówka meczu. Ale jeśli młody defensor w kilka minut jest bardziej widoczny w grze kombinacyjnej niż napastnicy przez godzinę, to coś tu się ewidentnie nie zgadza.
Čolak oddał jeden strzał – mocno niecelny. Rajović był na boisku. I to zdanie niestety wyczerpuje jego wkład.
Dlatego z ciekawością patrzę w stronę Rafała Adamskiego, którego obserwowałem w Pogoni Grodzisk Mazowiecki. To zawodnik, który potrafi się ustawić, nie jest samolubny, wyczuwa moment wejścia w pole karne i umie znaleźć przestrzeń tam, gdzie inni widzą tylko plecy obrońców. Oczywiście – są „ale”. Dla 24-latka ostatnia runda była pierwszą na poważniejszym poziomie, w której regularnie trafiał do siatki. Pytanie, czy udźwignie ciężar koszulki Legii.
Jedno jest pewne: Legia ma problem z „dziewiątką”. I winnych nie trzeba daleko szukać. To nie tylko kwestia formy poszczególnych piłkarzy, ale też decyzji personalnych. Dyrektorzy sportowi od miesięcy szukają napastnika, który będzie gwarancją bramek – i od lat tej gwarancji znaleźć nie potrafią. A bez skutecznej „9” nawet najlepsze analizy taktyczne pozostają tylko teorią.
Kamil Dumała

