Tak zwaną rundę wiosenną rozpoczęliśmy pierwszego lutego, ale wiosny na razie zupełnie nie daje się wyczuć. Takiej zimy w Warszawie nie mieliśmy od lat, a przed niedzielnym spotkaniem z Koroną przypominaliśmy sobie najbardziej mroźne mecze w historii.
Do tych zaliczyć na pewno trzeba mecz ze Spartakiem w Lidze Mistrzów, czy pamiętną prezentację drużyny za Wdowczyka (z pamiętnym lądowaniem helikopterem na murawie) z lutego 2007 roku - tak wtedy nawet przy takiej okazji zbieraliśmy się na trybunach i prowadziliśmy doping (w tym hasła przeciwko ówczesnym działaczom, którzy chcieli zmienić nam herb i podnieść ceny biletów). Na starej Żylecie nie było dachu, więc zimno było o wiele bardziej niż na nowym, zabudowanym obiekcie. Ale i tu, w lutym 2018 roku podczas meczu z Jagiellonią piździło konkretnie (oficjalnie -11 stopni w momencie rozpoczęcia spotkania). W niedzielę o 17:30 było -12.
Ale jak gra Legia, wszelkie niedogodności schodzą na dalszy plan. Trzeba się oczywiście było ubrać nieco cieplej i tyle. Wielu z nas wierzyło, że gra Legii po tym, jak przejął go Marek Papszun zostanie odmieniona jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Niestety, okazało się, że Papszun nie jest czarodziejem. Jak dało się słyszeć na trybunach - z gówna bata nie ukręcisz...
Legia przed meczem zapowiedziała, że fani będą mogli wnieść ze sobą koce. No kur... łał! A normalnie regulamin zabrania wnoszenia kocy na stadion? Klub obiecał wydawanie darmowej herbaty w punktach cateringowych. Ta cieszyła się sporym wzięciem przed meczem i w przerwie. Ale pamiętać trzeba było, że na stadion przyszliśmy nie by owinąć się kocem i podziwiać piękną grę na cudownej murawie (bo ani poziom gry nie był najwyższych lotów, a i nawierzchnia w niczym nie przypominała piłkarskiej murawy), tylko by zdzierać gardła. Ostatecznie na stadionie stawiło się 14,6 tys. kibiców, co oznacza, że kilka tysięcy osób wystraszył chłód. W tej liczbie delegacja Koroniarzy.
Kielczanie przyjechali do Warszawy autokarami w ok. 600 osób. Spóźnieni, bo mieli na trasie spowalniaczy w niebieskich mundurach. Zbierali się pod swoim stadionem o 12:45. Na sektor weszli w pierwszych minutach meczu. Było ich ok. 600, w tym delegacja Naprzodu Jędrzejów (60) z flagą. Ponadto zawisły trzy płótna Korony. Kielczanie mieli ze sobą nowe szaliki. Kiedy już cała ich grupa weszła na stadion, prowadzili niezły doping. Oczywiście ze sporą ilością bluzgów.

My zresztą nie pozostawaliśmy kielczanom dłużni. Relacje na linii Legia - Korona nigdy nie mogły być przyjazne - przypomnijmy, że przed kilkunastu laty Koroniarze trzymali z sąsiadkami z K6..., obecnie zaś mamy zgodę z największą kosą kielczan. Nie było przypadku, że w centralnym punkcie Żylety wisiała flaga zaprzyjaźnionego Radomiaka, którego fani byli obecni wraz z nami. Dodajmy, że kilkudziesięciu legionistów w piątek udało się do Radomia na mecz z Arką, będący otwarciem całego stadionu przy Struga, w tym sektora gości, a także przeniesieniem młyna RKS-u za bramkę. Jak wiadomo, mecz ostatecznie nie doszedł do skutku, z powodu awarii oświetlenia, więc Warchoły - uznając, że awaria też jest jakąś okazją - zaprezentowali oprawę przy przygaszonym świetle.
Przed meczem kibice gorąco przywitali nowego trenera, który nigdy nie krył swojej miłości do Legii. "Marek Papszun!" - publiczność skandowała imię i nazwisko szkoleniowca, który ma odmienić Legię i sprawić, że wrócimy na należne Legii miejsce. Chwilę później legioniści dodali życzenie - "Hej Marek sprzątnij ten burdel". Wróciliśmy na trybuny po sześciu tygodniach przerwy, ale nie zmieniło się stanowisko kibiców względem właściciela klubu, który pełnię zarządzania klubem oficjalnie próbował scedować na Marcina Herrę. Zdecydowanie nie jest to rozwiązanie satysfakcjonujące legionistów. Na Żylecie wywieszony został transparent czarny "Pudel Won!" (z przekreślonym czworonogim pudlem), dokładnie tą samą czcionką co wcześniej "Mioduski Won!". I aby nie pozostawić żadnych niedopowiedzeń, od razu Żyleta uderzyła z grubej rury, stawiając sprawę jasno. "Hej Mioduski, ty kut...ie, spójrz na miejsce w ekstraklasie" - skandowali fanatycy, by po chwili dodać doskonale znaną wersję "On jest temu winien, on jest temu winien, wyp...ć stąd powinien!". Po kilku powtórzeniach, ruszyliśmy z dopingiem dla Legii.
Karol nakręcał wszystkich do maksymalnego zaangażowania. Rozgrzewał także, tradycyjnie kierując dopingiem w koszulce. Na trybunach czuć było zaangażowanie w wydarzenia boiskowe. Jak rzadko, chyba wszyscy zdają sobie sprawę (oprócz tych, którzy wciąż wierzą w europuchary), że tutaj każdy gol może być na wagę utrzymania w lidze. Kiedy sędziowie popełniali błędy na naszą niekorzyść, reagowaliśmy natychmiast. M.in. kiedy nie podyktowano rzutu karnego, niosło się "Polscy sędziowie...". Kilka minut później kielczanie wykorzystali pierwszą okazję do zdobycia bramki i to przyjezdni mieli powody do radości. Staraliśmy się podnieść zespół, by odmienić losy źle rozpoczętego spotkania. W końcu tuż przed przerwą, sędzia podyktował rzut karny przed Żyletą. Kiedy piłkę chwycił Rajović, miny mieliśmy nietęgie. Naprawdę nie trzeba skończyć UEFA Pro, by widzieć, że ten gość nie nadaje się do grania w piłkę. A na pewno nie na takim poziomie, jakiego wymaga Legia. Nasz napastnik za trzy bańki euro kopnął piłkę beznadziejnie, potem jeszcze gorzej dobijał, a następnie, kiedy piłka jeszcze była w grze, położył się na murawie, chwytając się za głowę. "Wypier..., wypied...!" - niosło się niemal natychmiast ze strony kibiców, którzy już od dawna mają dość tego gracza. Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że on sam się tu nie ściągnął. Chwilę później skandowaliśmy "Walczyć, trenować, Warszawa musi panować". Wynik do przerwy nie uległ zmianie.
W przerwie meczu na murawie pojawili się pięściarze Legii, którzy wywalczyli pierwszy od 39 lat tytuł Drużynowego Mistrza Polski. Zebrali zasłużone brawa. Szkoda, że nie podeszli pod Żyletę. Miejmy nadzieję, że bokserska Legia zdoła zebrać potrzebny budżet, by w ogóle przystąpić do nowego sezonu Polskiej Ligi Boksu, bo na razie nie jest to wcale takie pewne.
"Szczęściarz" po przerwie apelował do kibiców, byśmy wspierali drużynę do końca, nawet pomimo ch...jni. Długo trzymaliśmy się w tym postanowieniu. Dopiero po drugim golu dla kielczan, nie wytrzymaliśmy - i ryknęliśmy "Legia grać, k... mać!". Widząc jak sami stwarzamy rywalom okazje do kolejnych bramek, frustrowaliśmy się jeszcze bardziej. Ale gardła zdzieraliśmy na maksa. Jak na skromną frekwencję na całym stadionie (niespełna 6 tys. na Żylecie). Świetnie wychodził m.in. "Hit z Wiednia", czy śpiewane w drugiej połowie "Gdybym jeszcze raz...". W końcu sędzia po raz drugi podyktował jedenastkę dla Legii. "Rajović, Rajović" - skandowała prześmiewczo Żyleta. Kiedy piłkę wziął Bartek Kapustka, rozpoczęliśmy czarowanie. Tym razem udało się doprowadzić do wyrównania, co jeszcze bardziej nakręciło nas do wzmożonego wysiłku. Liczyliśmy, że piłkarze pójdą za ciosem, i zgodnie z zimowymi zapowiedziami zaczną wygrywać. Tak się wzięli do roboty, że w ostatniej minucie pozwolili piłce przejść przez całe pole karne i napastnikowi Korony oddać skuteczny strzał na bramkę.
Po trafieniu na 1-2, rozpoczął się dialog na dwie strony: "Mioduski! Co? Wypier...", by po chwili dodać "On jest temu winien...". Po końcowym gwizdku sędziego, piłkarze zostali wygwizdani, a radość panowała tylko w sektorze gości. Koroniarze coś tam śpiewali o naszym spadku. Teraz przed nami dwa wyjazdowe spotkania - z Arką i GKS-em Katowice. Już dziś wiadomo, że w obu przypadkach liczba miejsc w sektorach gości jest mocno niewystarczająca na nasze potrzeby.
Frekwencja: 14 585
Kibiców gości: ok. 600
Flagi gości: 4
P.S. Na Żylecie wywieszony został transparent "Ś.P. Ciacho".
Autor: Bodziach
Legia Warszawa 1-2 Korona Kielce - Mishka / 61 zdjęć
Legia Warszawa 1-2 Korona Kielce - Maciek Gronau / 86 zdjęć
Legia Warszawa 1-2 Korona Kielce - Kamil Marciniak / 39 zdjęć
Legia Warszawa 1-2 Korona Kielce - Michał Wyszyński / 29 zdjęć
Legia Warszawa 1-2 Korona Kielce - Piotr Galas / 82 zdjęcia

