Nieudany debiut; stare grzechy; prosta matematyka; napastnik, a „napastnik”; wejście smoka - to najważniejsze punkty po niedzielnej inauguracji rundy wiosennej Ekstraklasy, w której Legia przegrała 1-2 z Koroną Kielce.
1. Nieudany debiut
Wielu kibiców i ekspertów z dużymi oczekiwaniami czekało na pierwszy mecz Marka Papszuna w roli trenera Legii. Debiut miał nastąpić w starciu z Koroną Kielce Jacka Zielińskiego i trzeba napisać to wprost: był to debiut nieudany. Legia przegrała kolejny mecz, przedłużając fatalną serię ligową do 10 meczów bez wygranej. Widmo walki o utrzymanie zaczyna coraz wyraźniej zaglądać w oczy piłkarzom, pracownikom klubu i kibicom.
Nie ma sensu się oszukiwać - o europejskich pucharach można w tym momencie zapomnieć. Te marzenia warto na razie włożyć głęboko do szuflady i zamknąć ją na klucz. Drużyna jest dziś rozbita mentalnie, nie dojeżdża fizycznie, a do tego zwyczajnie brakuje jej jakości piłkarskiej. Legia przegrywa z Koroną Kielce nie przez przypadek, nawet jeśli stworzyła kilkanaście dogodnych sytuacji bramkowych. Samo „stwarzanie” w piłce nożnej jeszcze punktów nie daje.
Na początku meczu dało się zauważyć pewne elementy charakterystyczne dla pracy Marka Papszuna - mądrzejszy pressing na defensorach Korony czy lepszą organizację gry po stracie piłki. Problem w tym, że ten porządek trwał tylko do momentu straty bramki. Po niej Legia rozsypała się kompletnie, jak domek z kart. Znów pojawiło się wrażenie, że na boisku każdy robi, co chce, a drużyna przestaje istnieć jako całość.
Idealnym symbolem tego chaosu był Rafał Augustyniak - ale o nim za chwilę. Na ten moment najważniejsze jest jedno: Legia znalazła się pod ścianą. Jeśli ten zespół szybko się nie otrząśnie, to w przyszłym sezonie zamiast meczów transmitowanych w Canal+ kibice będą oglądać Legię w ramówce TVP, w kontekście, którego jeszcze niedawno nikt przy Łazienkowskiej nie brał na poważnie.
A to już nie jest publicystyczna przesada. To realne ostrzeżenie.
2. Stare grzechy
W grze Legii miało się wiele zmienić, a tymczasem wróciły stare, dobrze znane grzechy. I tak - wiem, to dopiero miesiąc pracy nowego trenera. Marek Papszun nie ma czarodziejskiej różdżki i nie odmieni wszystkiego jednym ruchem. Problem w tym, że te same schematy powtarzają się z uporem godnym lepszej sprawy. I to zdecydowanie zbyt często.
Nie chodzi już nawet o głupie straty piłki w środkowej strefie boiska, które Legia notuje hurtowo. Nie o fatalne dośrodkowania w pole karne, choć tych i tak było jak na lekarstwo. Nawet nie o dramatyczne wznawianie gry przez Kacpra Tobiasza, gdzie na palcach jednej ręki można policzyć celne zagrania. Problem jest znacznie głębszy i bardziej kompromitujący.
Chodzi o ustawienie zawodników przy straconych bramkach. A te — uwaga, uwaga — znowu padły po stałych fragmentach gry. Dla mnie to już nie jest przypadek, tylko fenomen na skalę ligi. Legia ma ogromny problem nawet przy… zwykłych wrzutach z autu rywala i przez kilkanaście miesięcy nikt nie potrafił - albo nie chciał - tego naprawić.

Spójrzmy na ustawienie Legii przy dośrodkowaniach we własne pole karne. Idealna stopklatka pokazuje, jak zawodnik Korony z numerem 14., Stępiński, ma autostradę do wbiegnięcia w „szesnastkę” i oddania spokojnego strzału głową. Dlaczego? Po pierwsze, Artur Jędrzejczyk nie kontroluje przestrzeni za plecami - skupia się wyłącznie na piłce, zapominając, że gra się też przeciwnikiem. Po drugie, Radovan Pankov i Arkadiusz Reca kompletnie nie potrafią ustawić pułapki ofsajdowej. Albo nikt ich tego nigdy nie nauczył, albo po prostu uznali, że nie warto.
Można się też zastanawiać nad postawą Tobiasza. Uderzenie Stępińskiego padło z okolic piątego metra, a mimo to bramkarz nawet nie próbuje wyjść do piłki. Tyle że rzadko widzimy Kacpra opuszczającego linię bramkową, więc być może i tym razem coś niewidzialnego przyspawało go do linii. Fakty są takie: miesiące traconych bramek po SFG, a problem nadal istnieje. I warto podkreślić — cała akcja zaczęła się od wrzutu z autu po prawej stronie boiska Korony. To nie jest skomplikowana taktyka. To elementarz.

Druga bramka dla Korony to już czyste piłkarskie kuriozum. Oczywiście znów po wznowieniu gry z autu. Dwóch zawodników Legii ma realną szansę na wybicie piłki, ale nie robi tego nikt. Futbolówka przechodzi przez całe pole karne jak przez pusty korytarz. Można by żartować o klątwie rzuconej na Legię, ale prawda jest znacznie mniej zabawna - to mieszanka złego ustawienia, braku koncentracji i elementarnego chaosu w defensywie.
Najgorzej w tej sytuacji zachował się Arkadiusz Reca. Teoretycznie walczy ze Stępińskim, niby jest blisko, niby przepycha się bark w bark, ale w kluczowym momencie po prostu odpuszcza. Przegrywa pojedynek i w konsekwencji Legia przegrywa mecz. Tak banalnie, tak boleśnie, tak… legijnie w tym sezonie.
I to nie jest już kwestia pecha. To jest systemowy problem, który od miesięcy krzyczy o rozwiązanie, a wciąż pozostaje ignorowany.
3. Prosta matematyka
Piłka nożna to nie fizyka kwantowa i to jest fakt absolutnie niepodważalny. My, jako obserwatorzy i komentatorzy, lubimy dorabiać do niej teorie, sypać statystykami, wyciągać xG, procenty, wykresy i inne mądre skróty, które dobrze wyglądają na grafice. A prawda jest brutalnie prosta - piłka nożna to prosta matematyka.
Spójrzmy na mecz z Koroną Kielce. Goście mieli cztery realne okazje do zdobycia bramki. Dwie zamienili na gole, jedną dorzucili, ale ze spalonego, a w czwartej obiła ona słupek i poprzeczkę. Cztery sytuacje, dwie bramki — 50% skuteczności. Prosto, bez filozofii.
A teraz Legia. Rzut karny Milety Rajovicia i jego dobitka. Sytuacja Arkadiusza Recy (spalony). Kolejna Rajovicia (też spalony). Strzał głową Jędrzejczyka. I wreszcie wykorzystany rzut karny przez Kapustkę. Niby kilka sytuacji, niby przewaga, niby kontrola meczu, ale jeśli spojrzeć uczciwie — naprawdę klarowne okazje można policzyć na palcach jednej ręki. A takie stuprocentowe? Dwie. Obie z jedenastu metrów.
I tu dochodzimy do sedna. Jeśli nie wykorzystuje się rzutu karnego, czyli najlepszej możliwej okazji w piłce nożnej, to trudno myśleć o zwycięstwie. Trudno w ogóle mówić o punktach. Nie da się wygrywać meczów, gdy zamiast trafić w prostokąt, legioniści uderzają obok bramki albo prosto w bramkarza. Bez presji, bez przeszkód, bez alibi.
Tym bardziej że Legia nie jest drużyną, która tworzy dziesięć czy piętnaście sytuacji w meczu. Jest wręcz przeciwnie - tych okazji jest mało, bardzo mało. Dlatego każda z nich powinna być traktowana jak złoto. A już rzut karny? To powinien być obowiązek, nie loteria.
Zwłaszcza że Legia w defensywie wygląda jak dzieci we mgle. Każda, nawet z pozoru niegroźna sytuacja, może skończyć się stratą bramki. Jedno wrzucenie z autu, jedno dośrodkowanie, jeden chaos w polu karnym - i piłka ląduje w siatce.
Tu naprawdę nie potrzeba wyliczeń z kosmosu. Wystarczy zimna głowa, prosta skuteczność i elementarna odpowiedzialność. Bo bez tego żadna tabela xG Legii nie uratuje.

4. Napastnik, a „napastnik”
Może oberwie mi się za ten akapit, ale trudno - trzeba to napisać wprost. To był jeden z lepszych występów Milety Rajovicia… ale tylko do „szesnastki”. Zastawienie się, odegranie piłki, walka na plecach z obrońcą, gra tyłem do bramki — to wszystko funkcjonowało na naprawdę przyzwoitym poziomie. I tak, wielu z was pewnie ma już w głowie nazwisko Sandro Kulenovicia, który za kadencji Aleksandara Vukovicia był idealnym przykładem „defensywnego napastnika”. Rajović z Koroną pełnił bardzo podobną rolę.
Tyle że bądźmy uczciwi - napastnika rozlicza się z goli, a nie z tego, czy wygrał pojedynek bark w bark w środkowej strefie boiska. I tu spójrzmy na Mariusza Stępińskiego. Przez większą część meczu praktycznie niewidoczny. Nie rozgrywał, nie cofał się, nie brał udziału w budowaniu akcji. Miał jedno zadanie: strzelać bramki. I strzelił trzy, choć jedna była ze spalonego. Proste? Proste. Tak właśnie powinien być oceniany napastnik.
A teraz rzut karny Milety Rajovicia. Można do tego podejść na dwa sposoby. Pierwszy - koledzy chcieli pomóc mu mentalnie, dać łatwego gola, który być może w końcu go „odblokuje”. Drugi - i ten jest mi bliższy - to kompletne niezrozumienie sytuacji. Zawodnik będący na mentalnym dnie ma wziąć na siebie odpowiedzialność za rzut karny w meczu, w którym Legia goni wynik, a nie prowadzi? Przecież to jest proszenie się o kłopoty.
W obecnej sytuacji każdy punkt dla Legii jest na wagę złota. Tu nie ma miejsca na akcje charytatywne, psychologiczne eksperymenty i „dawanie się odbudować”. To nie są sparingi, tylko walka o przetrwanie. Karny przed przerwą, wykorzystany, daje ogromny handicap na drugą połowę. Niewykorzystany - dobija drużynę. I dokładnie to się wydarzyło.
Uderzenie Rajovicia było słabe, ale dobitka… jeszcze gorsza. Widać było gołym okiem, że mentalnie ten zawodnik jest w miejscu, w którym wcześniej było już wielu „zbawców Legii”. Duże oczekiwania, wielkie nadzieje, a potem zjazd i cisza. Historia zna takie nazwiska - choćby Masłowski.
Można oczywiście pisać, że Legia „mogła kupić Stępińskiego”, ale to bajki. Zawodnik związany z Widzewem, który nie ukrywa swoich sympatii, nigdy tu nie trafi. Natomiast faktem jest coś innego - mamy w klubie dwóch dyrektorów odpowiedzialnych za transfery, a wygląda to tak, jakby nie było żadnego. Jakby biurka stały puste, a decyzje podejmował los.
I to jest dziś największy problem Legii. Nie tylko nieskuteczność Rajovicia, ale kompletna pustka decyzyjna na kluczowych stanowiskach. Bo bez napastnika, który strzela gole, i bez ludzi, którzy potrafią go wybrać, ta historia będzie się tylko powtarzać.
5. Wejście smoka
Miałem nie pisać tego akapitu, naprawdę. Ale wejście Rafała Augustyniaka na boisko było wydarzeniem, które trudno przemilczeć. I nie chodzi nawet o stratę z okolic 60. minuty, po której Tobiasz musiał ratować sytuację po uderzeniu Antoñína. Chodzi o to, jakie spustoszenie to wejście wywołało w strukturze Legii.

Legia goniła wynik i desperacko szukała wyrównania, stąd zapewne decyzja o wpuszczeniu Augustyniaka — zawodnika „uniwersalnego”, który może zagrać i na środku obrony, i w drugiej linii. Problem w tym, że przez pierwsze minuty wyglądało to tak, jakby on sam nie do końca wiedział, gdzie właściwie gra. Formalnie w defensywie, mentalnie już w ofensywie. I to ofensywie bardzo ambitnej.
Augustyniak tak często podłączał się do ataku, że momentami całkowicie zapominał, iż ktoś musi jeszcze pilnować tyłów. Przy kontrach Korony w obronie zostawało dwóch zawodników - Artur Jędrzejczyk i Radovan Pankov. Jeden z nich szybkim stoperem nie jest, drugi też nie żyje z wyścigów na 30 metrów. Efekt? Chaos.
I nieprzypadkowo właśnie lewą stroną (swoją) Korona najczęściej rozrywała Legię. Tamtędy, gdzie w teorii powinien znajdować się Rafał Augustyniak. Rozumiem zamysł trenera Marka Papszuna - więcej ludzi w ataku, próba dociśnięcia rywala, szukanie przewagi. Tyle że było to ryzyko graniczące z brawurą, zwłaszcza że Augustyniak nie jest ani demonem szybkości, ani piłkarzem, który nadrabia braki techniczne sprytem czy timingiem.
W praktyce wyglądało to tak, jakby Legia grała bez jednej pozycji. I to nie dlatego, że brakowało zawodnika - on po prostu był w zupełnie innym miejscu, niż powinien. A w meczu, w którym i tak wszystko w defensywie trzyma się na słowo honoru, dokładanie kolejnej niewiadomej było proszeniem się o kłopoty.
Felietonowo mówiąc: jeśli planem było „wszystko albo nic”, to wyszło „nic” szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.
Kamil Dumała

